[11-13.11.2016] Wilno & Kowno

Co z tego, że listopad? Co z tego że zimno? Długiego weekendu nie można zmarnować!

Tym razem kierujemy się na północny-wschód, na Litwę. Wyjeżdżamy 10.11 po pracy – ok. 22 zamierzamy być w w Wilnie. Niestety wyjazd z Warszawy przed długim weekendem to istny armagedon, a droga nie należy do specjalnie ekspresowych (jedziemy przez Łomżę i Augustów drogami 61 i 16), więc na miejscu lądujemy ok. północy.

Hotel okazuje się na tyle zacny (Hotel Conti), a śniadanie obfite, że ociągamy się z wyjściem „na miasto”. Tym bardziej, że jest zimowo – mroźno i ponuro. Ale w końcu ruszamy. Spacerujemy po starym mieście w myśl zasady „gdzie nas nogi poniosą”, ale i tak trafiamy co chwilę na polskie akcenty:

 

W końcu dochodzimy do podnóża Wzgórza Giedymina na którym stoi baszta będąca pozostałością wileńskiego zamku. Wchodzimy na górę – ten punkt to dobre miejsce, aby popatrzeć na miasto z góry – zarówno na starą jego część, jak i na rosnące wieżowce.

Następnie odwiedzamy dość ascetyczny kościół katedralny i spacerujemy prospektem Giedymina – jedną z najbardziej reprezentacyjnych arterii Wilna.

Niestety cały czas jest mroźno i Ania mocno odczuwa niską temperaturę. Zarządzamy odwrót do hotelu, aby nieco się ogrzać. Ja jeszcze przed zachodem słońca wyskakuję w teren, aby „złapać na matrycy” kilka trolejbusów (jeden z kadrów). Aby nie tracić całego wieczory wychodzimy jeszcze do pobliskiej knajpki na piwo (dobre, polecam!) oraz miejscowy przysmak z kategorii „zakąska do piwa” – świńskie uszy. Warto było posmakować, ale nie będzie to nasz ulubiony przysmak ;)

W planie na kolejny dzień była wizyta na zamku w Trokach. Zamek to imponująca XV wieczna warownia położona na jeziorze Galwe, niespełna 30km od Wilna. Zamek wygląda pięknie od strony brzegu jeziora…

…ale również jego dziedziniec i wnętrza są ciekawe. Spędzamy kilka godzin spacerując i odkrywając sekrety tego obiektu.

Jeszcze przed zmrokiem wracamy do Wilna. Korzystając z ostatnich chwil dnia postanawiamy zdobyć „Górę Trzykrzyską”, wznoszącą się nad Wilnem, z charakterystycznymi trzema białymi krzyżami ustawionymi w 1989 roku, które upamiętniają ofiary stalinizmu. Jednakże pierwsze 3 krzyże postawiono w tym miejscu znacznie wcześniej, bo już w XVII wieku, jako pamiątkę męczeńskiej śmierci 7 franciszkanów. Z punktu widokowego na górze oglądamy po raz kolejny wileńskie stare miasto z podniebnej perspektywy, a także Wzgórze Giedymina, na którym byliśmy dzień wcześniej.

Po zejściu ze wzgórza spacerujemy jeszcze po wileńskiej dzielnicy Zarzecze, znanej też jako „Republika Zarzecza”. Jest to dzielnica artystów, która w 1997 roku proklamowała swoją „niepodległość” jako Užupio Res Publica. Więcej o tym miejscu można przeczytać i obejrzeć np. tutaj.

Ostatni dzień naszej litewskiej podróży to już dzień powrotu do Warszawy. Wracamy jednak drogą „okrężną” przez Kowno. Mimo nienajlepszej pogody robimy sobie krótki spacer po śródmieściu. Ulicą Wileńską idziemy w stronę pl. Ratuszowego rozglądając się uważnie i poznając kolejne miasto. Kowno o tej porze (i dnia, i roku) sprawia wrażenie uśpionego, niemrawego. A może to tylko sprawa pogody?

Dochodzimy do ruin zamku w Kownie, położonych w rejonie połączania się rzeki Wilia z Niemnem. Z zamku pozostało niewiele poza baszta i fragmentem muru obronnego. Większe wrażanie robi na nas pobliski kościół (Šv. Jurgio Kankinio bažnyčia) – słusznych rozmiarów budowla, czynna (w środku trwało nabożeństwo), a jednocześnie w bardzo złym stanie. Tak złym, ze początkowo myśleliśmy, że jest opuszczona (tylko te śpiewy ze środku i zapalone światło…). Miejsce dziwne. Jednocześnie ponure i pełne swego rodzaju uroku. Skłaniające do refleksji…

Wizytę w Kownie kończymy pysznym obiadem na pl. ratuszowym. Dalej przed nami dłuuuga droga do Warszawy, w towarzystwie setek TIR-ów ciągnących na zachód Europy…

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *