[15-17.05.2015] Bella Italia #13 Powrót przez Słowenię

Piątek, 15 maja

No i przyszła pora opuszczać Włochy. Spędziliśmy tu 14 fantastycznych dni, nad jeziorem u podnóża Alp, w Toskanii i nad morzem. Wcześnie rano pakujemy samochód i ruszamy ku północy. Chyba dlatego, żeby nie było nam żal stąd wyjeżdżać, dziś wyraźnie się ochłodziło, a słońce schowało się za chmurami.

Nie bylibyśmy sobą gdybyśmy wrócili najprostszą z możliwych tras. Postanawiamy ją nieco zmodyfikować żeby było ciekawej. Chcemy odwiedzić Słowenię. Nigdy nas tam nie było, wiele dobrego słyszeliśmy (pomijając myto, ale my nie mamy zamiaru poruszać się autostradami), więc to doskonała okazja żeby odwiedzić ten kraj i zrobić mały rekonesans. Trochę się obawiamy, ponieważ aby trasa była ciekawa krajobrazowo postanawiamy się przeprawić przez Alpy Julijskie. Droga na mapie wydaje się dość przerażająca, ilość serpentyn trochę niepokoi, ale co tam. Przygoda!

Z Comacchio ruszamy wzdłuż wybrzeża, przez deltę Padu w kierunku Chioggi. Tutaj robimy pierwszy postój, na śniadanie. Sama miejscowość jest bardzo ciekawa, historyczne centrum położone jest na wyspie podzielonej kanałami. Często nazywana jest małą Wenecją. Niestety z okna samochodu nie udaje mi się tego uchwycić.

Po śniadaniu ruszamy w stronę Wenecji i tam wpadamy na autostradę, którą jedziemy do Udine. Tutaj odbijamy w kierunku Słowenii i zaczyna się nasza wyprawa w nieznane. Stąd do granicy mamy zaledwie 40 km. Po chwili zaczynają się góry, które z minuty na minutę stają się coraz wyższe. Do granicy droga jest bardzo dobra. Niestety im dalej w głąb gór tym pogoda coraz gorsza. Chmury stają się coraz gęstsze i ciemniejsze no i temperatura leci mocno w dół. Mijamy przejście graniczne i po chwili znajdujemy się w pierwszej słoweńskiej miejscowości – Robič.

Dojeżdżamy do Kobaridu gdzie odbijamy z głównej drogi. Teraz będziemy jechać wzdłuż rzeki Soča. Niezwykle malowniczej! Dalej jedziemy do miejscowości Bovec i kierujemy się na Przełęcz Vršič (1611m n.p.m.). Tutaj droga staje się coraz węższa a przepaście coraz większe. Całe szczęście, że jadę jako pasażer, bo przez te zapierające dech w piersi widoki roztaczające się wokół pewnie zjechałabym gdzieś w pierwszą lepszą przepaść. Po około 20km dodatkowo zaczynają się naprawdę bardzo ostre serpentyny. Przez ostatnie 10km droga jest bardzo emocjonująca, ale i jaka piękna! Na Przełęczy Vršič wychodzimy z samochodu i idziemy się rozejrzeć po okolicy. Jest pięknie i w tym momencie już wiemy, gdzie będziemy spędzać kolejne wakacje (można o tym poczytać tutaj klik klik klik klik klik). Szkoda tylko, że okoliczne szczyty utonęły w grubej warstwie chmur. Na tej wysokości jest zaledwie 8 stopni i resztki śniegu, więc spacer nie jest za długi. Wracamy do auta i zjeżdżamy w dół w kierunku Kranskiej Gory. Tym razem 10km serpentynami ostro w dół. Znów jest emocjonująco i zarazem pięknie widokowo.

Kranjska Góra przypominam nam jakieś austriackie alpejskie miasteczko, również jest czysto, ładnie, wszystko zadbane. Tutaj będziemy dziś nocować. Podobno z Kranjskiej Gorze są piękne widoki na Alpy. Niestety nie dane nam będzie je zobaczyć, pozostaje tylko uwierzyć, ponieważ chmury nie mają zamiaru się rozstąpić.

Sobota, 16 maja

Pogoda niestety bez zmian. Widok z okna jest może ciut lepszy niż wczoraj, ale szczytów nadal nie widać. Rano jedziemy jeszcze pod skocznię w Planicy, którą już tyle razy widzieliśmy w zimowej scenerii w telewizji. Okazuje się jednak, że jest w trakcie przebudowy.


Dzisiaj nocujemy w Ołomuńcu. Już bez żadnych przygód i atrakcji po drodze jedziemy 600km przez Graz, Wiedeń i Brno. Hotel w Ołomuńcu był bardzo osobliwy. Przypominał obiekt, który lata swojej świetności dawno miał już za sobą. Na recepcji dostaliśmy pilota do telewizora, którego koniecznie trzeba było oddać przy wymeldowaniu się. Serio nie może być cały czas w pokoju? Ponieważ mieliśmy bardzo dużo bagażu postanowiliśmy wjechać na górę windą. To był błąd. Po tym jak drzwi się zamknęły, winda się zacięła. Nie zdążyła nawet ruszyć. Po dłużej chwili naciskania różnych przycisków wypuściła nas i z bagażami podrałowaliśmy na górę. Wieczorem ruszyliśmy jeszcze na spacer. Centrum Ołomuńca jest całkiem ładne.

Niedziela, 17 maja

Jutro rano trzeba być już w pracy, więc ruszamy do Warszawy. Dziś podróż jest mocno nużąca. Żadnych atrakcji, żadnych postojów (chyba że na stacji benzynowej) i ok. godziny 16 jesteśmy w domu. Nasze włoskie wakacje się skończyły. Nie zdajemy sobie jednak sprawy z tego, że jeszcze w tym roku uda nam się ponownie zawitać do Włoch.

[14.05.2015] Bella Italia #12 Jeszcze tylko Ferrara

Czwartek, 14 maja

To już nasz ostatni dzień we Włoszech. Od jutra zaczynamy powrót. Ciężko się żegnać z tak pięknym krajem. Na naszej liście „must see” zostały dwie pozycje: Padwa i Ferrara. Po porannym zastanowieniu się i przeanalizowaniu atrakcji stanęło na Ferrarze. Zaintrygowało mnie miasto, o którym wcześniej nigdy nic nie słyszałam. Dziś pogoda ponownie iście włoska. Niebieskie niebo, z którego leje się żar. Super! Jedziemy!

Ferrara położona jest ok. 50 km na północ od Bolonii. Jest to jedno z największych miast warownych tego regionu. Stare miasto w Ferrarze otoczone jest fortyfikacjami bastionowymi. Najciekawszą budowlą jest Castello Estense – zamek otoczony fosą położony w samym centrum miasta. Innym wartym zobaczenia zabytkiem jest katedra. Po odbyciu planu obowiązkowego udajemy się na spacer po dzielnicy żydowskiej. Tu jest niezwykle klimatycznie.

Katedra w FerrarzeRatusz w FerrarzeDzielnica żydowska w FerrarzePopołudniu wracamy na kemping, pakujemy się, a wieczorem ruszamy na spacer wzdłuż plaży. Idziemy niespiesznym krokiem do najbliższej miejscowości. Oczywiście wszystkie knajpki plażowe, wypożyczalnie leżaków i tym podobna infrastruktura zamknięta. Na plaży jesteśmy praktycznie sami. Od czasu do czas pojawia się jakiś przechodzień z psem lub człowiek na koniu(!). Plażowiczów zero. Wzdłuż plaży jest mnóstwo wysokiej zabudowy. Z daleka może się wydawać, że to hotele, jednak z bliska widać, że są to zwykłe bloki z mieszkaniami do wynajęcia w sezonie. Jesteśmy jeszcze przed sezonem, więc prawie we wszystkich mieszkaniach są spuszczone rolety. Dosyć upiorny krajobraz, jakby wszyscy opuścili tę okolicę. Gdy oddalamy się od plaży i wchodzimy w głąb miejscowości ze zdziwieniem obserwujemy otaczający nas krajobraz. Mam wrażenie, że znaleźliśmy się w jakimś wymarłym mieście, ewentualnie na jakimś planie zdjęciowym, na którym chwilowo jest przerwa. Ludzi zero, ruchu samochodowego brak, we wszystkich oknach spuszczone rolety, zero oznak jakiegokolwiek życia. Cudem udaje nam się znaleźć jedyny czynny sklep (ciekawe dla kogo, chyba jedynie dla zbłądzonych turystów takich jak my), w którym kupujemy prowiant na drogę powrotną. O ile gustuję w miejscach, w których jest cisza, spokój i nie ma zbyt dużo ludzi to tutaj poczułam się bardzo dziwnie i nieswojo…

Pożegnanie z morzem

[13.05.2015] Bella Italia #11 – mozaiki w Rawennie i mała Wenecja w Comacchio

Środa, 13 maja

Nasza miejscowość oddalona jest zaledwie o 30 km od Rawenny. Miasta słynącego z pięknych mozaik. Grzechem byłoby ich nie zobaczyć. Ale zanim tam dotrzemy  najpierw postój w Chomacchio. Postanowiliśmy zajrzeć do tej miejscowości, ponieważ w naszym atlasie samochodowym jest oznaczona jedną gwiazdką, co oznacza, że jest warta zobaczenia. Nie spodziewaliśmy się w sumie niczego szczególnego, a jednak mocno nas zaskoczyła. Comacchio nazywane jest małą Wenecją. Jest to mała miejscowość rybacka, gdzie zamiast ulic mamy kanały, a zamiast samochodów łódki. Panuje tu cisza i spokój, turystów nie widać. Robimy krótki spacer, wracamy do samochodu i jedziemy do Rawenny.

ComacchioComacchioComacchioComacchioW Rawennie zwiedzamy zabytki wczesnego chrześcijaństwa. Znajdują się tu bardzo ładne romańskie kościoły, które wewnątrz zdobione są pięknymi mozaikami. Oglądamy m.in. Baptysterium Ortodoksów, Kościół San Vitale i Sant’Apollinare Nuovo.

RawennaMozaiki w RawennieMozaiki w RawennieNa kemping wracamy dosyć wcześnie, więc postanawiamy jeszcze skorzystać z jego dobrodziejstw, tzn. basenu. Pogoda piękna, słońce świeci, tylko wiatr od morza silny i zimny. Na leżakach wytrzymujemy 10 minut. Ja po pięciu leżę już owinięta ręcznikiem. Po zanurzeniu stopy w basenie na ciele pojawia się gęsia skórka i nie mamy odwagi wejść dalej. Postanawiamy przenieść się na plażę. Woda w morzu okazała się cieplejsza niż w basenie. Ale i tak zanurzenie do pasa to szczyt naszych możliwości. Tak czy inaczej kąpiel w morzu zaliczona. Mimo iż dla mnie jest zbyt zimno na plażowanie, to i tak myślę, że taka pogoda to czasem szczyt marzeń w wakacje nad Bałtykiem. Na plaży jesteśmy sami. Pustki zupełne. Tutaj najbardziej widać, że zdecydowanie jest tu jeszcze przed sezonem. Przekonujemy się o tym również wieczorem kiedy wyruszamy na poszukiwanie knajpy, w której moglibyśmy zjeść kolację. Niestety w całej miejscowości czynna jest tylko jedna restauracja, o mocno wygórowanych cenach, serwująca ryby i owoce morza. Wszystko inne pozamykane na cztery spusty. Wracamy więc na kemping i robimy grilla.

Adriatyk w maju