[05.01.2014] Mala Prasiva

Z okazji dłuższego pobytu w Katowicach w okolicach Bożego Narodzenia zaplanowane były 2 górskie wycieczki. Pierwsza w Beskid Mały, o której w poprzedniej notce, druga na Rachowiec. Jednak z powodu bardzo niepewnych prognoz pogody plany się zmieniły i zamiast na Rachowiec pojechaliśmy do Czech w Beskid Śląsko-Morawski, z założeniem, że jeśli będzie lać to nie będziemy wysiadać z pociągu w Dobrej u Frydku Mistku, tylko pojedziemy pociągiem dalej, zwiedzić jakieś miasto. Szlak również był bardziej dostosowany do ewentualnego załamania pogody, ponieważ w większości prowadził asfaltem i po drodze było schronisko.

Całe szczęście dzień okazał się bezdeszczowy. Co prawda słońca nie było, ale przynajmniej było ciepło. Busem z Katowic dojechaliśmy do Cieszyna, gdzie czekał nas spacer na dworzec kolejowy po drugiej stronie granicy. Niestety bezpośredniego połączenia z Katowic do Czeskiego Cieszyna nie ma, co więcej połącenia kolejowe Katowice-Cieszyn są „aż” trzy w ciągu dnia, zajmują grubo ponad 2h (dystans – niecałe 90 km) i na dodatek nie są bezpośrednie. Tak więc podążyliśmy niespieszny krokiem w kierunku granicy. Czasu do pociągu mieliśmy sporo, więc zahaczyliśmy o rynek po polskiej stronie miasta

Rynek w CieszynieGranica państwa na Olziei skierowaliśmy się na rynek w Czeskim Cieszynie.

Rynek w Czeskim CieszynieTrzeba przyznać, że polska strona Cieszyna jest znacznie ładniejsza.

Zrobiliśmy szybkie zakupy w Billi – czyt. studencka czekolada i kofola i wsiedliśmy do pociągu. Zupełnie inaczej się w tym kraju podróżuje koleją. Motoraki, przemiłe panie konduktorki… Lubię te czeskie klimaty. Wysiedliśmy w miejscowości Dobra u Frydku Mistku, gdzie przesiedliśmy się na autobus, który zabrał nas pod samo zbocze góry, a mianowicie do Vyšní Lhoty. Szlak zaczynał się już od samego przystanku, jedyną jego wadą było to, że aż na sam szczyt prowadził asfaltem. Podejście było żmudne, ale za to w miarę krótkie.

Widoki z podejścia żółtym szlakiem na szczytSzczyt Malej Prasivej nie jest zbyt wysoki, ma niewiele ponad 700m n.p.m., ale znajduje się na nim całkiem ładne schronisko. Z wieżą widokową jak się później dowiedziałam już w domu. Ciekawe czy można było tam wejść…

Schronisko na Malej PrasivieDrugą atrakcją na szczycie jest również drewniany kościółek z 1640 r. Niestety pozamykany na cztery spusty.

Drewniany kościółek na Malej Prasivej Mieliśmy, a dokładnie ja miałam wielką ochotę na „cesnakovą polievkę”, ale niestety mimo wczesnej pory całe schronisko było zajęte przez grupę żwawych, czeskich emerytów. Tańce, piosenki, gitara i te sprawy. Nic tu po nas. Trzeba się obejść smakiem i schodzić na dół. Szlak zejściowy był dużo przyjemniejszy. Początkowo prowadził bardzo stromo w dół typowo górsko, później płasko i długo asfaltem wśród pól.

Widok ze szlaku Mala Prasiva - Dobratice pod Prasivou. Całkiem z prawej Mala Prasiva i po jej lewej stronie Velka PrasivaPo drodze mimo środka zimy natknęliśmy się na bazie w całej okazałości.

Styczniowe baziePokazało się też w końcu słońce. Ale niestety tylko na chwilkę.

Słońce bezskutecznie próbuje się przebić przez gęste chmuryJako, że wycieczka poszła nam nad wyraz sprawnie mieliśmy sporo czasu do pociągu. Udaliśmy się więc do Hostinca a Minipivovaru U Koníčka, który szczęśliwie znajdował się u wylotu naszego szlaku. Gorąco polecam! Pyszne piwo robione na miejscu oraz jak na Czechy bardzo dobre jedzenie. I tak kończy się nasza wycieczka. Najedzeni wsiedliśmy do pociągu w Dobraticach pod Prasivou. Razem z nami wsiadła również silna grupa mocno starszych wesołych turystek. Widać, że zupełnie inaczej Czesi w podeszłym wieku spędzają czas. Tu starsze panie turystki, tam w schronisku silna grupa emerytów bawiąca się prawie jak młodzież. Rzadko mi się zdarza widzieć takie obrazki w polskich górach. Może to kwestia tego, że w Polsce bez własnego auta co raz mniej można zdziałać w górach…

W Cieszynie ponownie przesiadamy się do okropnego busa i wracamy do Katowic.

[30.04-05.05.2013] czyli majówki cd.

Majówka w tym roku planowana była jak zwykle z dużym wyprzedzeniem i jak zwykle pojechaliśmy w inne miejsce. Był już Poznań, Praga, Beskid Żywiecki, Jura Krakowsko-Częstochowska, Tarty Słowackie. W tym roku padło na Beskid Śląsko-Morawski.
Jako, że jechaliśmy ze zmotoryzowanymi znajomymi udało się zaliczyć rejon, w który do tej pory było nam nie po drodze. Jako bazę wypadową wybraliśmy Frydlant nad Ostrawicą.

wtorek, 30 kwietnia

Prosto z pracy biegnę na Dworzec Centralny. Wsiadam do pociągu i jadę do Katowic. Ponieważ tym razem jadę EIC, nie muszę walczyć o miejsce a podróż mija szybko i przyjemnie.

środa, 1 maja

Pociąg w dalszą drogę mam dopiero o 9:15, więc można się wyspać. Na dworcu spotykam się z Gosią o umówionej porze i razem jedziemy pociągiem EC do Ostrawy. Jedzie się bardzo wygodnie. Pusto, cicho, dużo miejsca. Aż szkoda, że tak krótko, bo jeszcze przed g. 11 wysiadamy w Ostrawie. Tu czeka nas przesiadka na pociąg do Frydlandu. Ponieważ jest zimno przeczekujemy na dworcu popijając kawę. Słońca brak, ale przynajmniej nie leje. Widoków niestety nie ma żadnych. Wsiadamy do kolejnego pociągu i ruszamy w drogę. Podróż znów upływa bardzo szybko. Wysiadamy we Frydlandzie i udajemy się w kierunku knajpy, gdzie mamy się spotkać z naszymi mężczyznami, którzy mają przyjechać z Brna.

Dworzec we FrydlandzieKnajpa to minipiwowar. Ale jedzenie niestety pozostawia wiele do życzenia. Chociaż czego się można spodziewać po czeskiej kuchni. Panowie dojeżdżają, zjadamy obiad i udajemy się na kwaterę. Mgła jest taka, że gór w ogóle nie widać. Pocieszamy się, że pewnie jutro będzie lepiej i planujemy na jutrzejszy dzień wycieczkę na Łysą Górę.

czwartek, 2 maja

Leje. Nikt nawet nie wpadł na pomysł, żeby wstać o ustalonej porze. Mgła za oknem taka bez zmian.

Frydland nad OstravicąPo śniadaniu następuje zmiana planów. Jedziemy zwiedzić okoliczne miejscowości.

HukvaldyNajpierw udajemy się do Hukvaldów. Małego miasteczka, w którym znajdują się ruiny zamku. Ale aby do niego dotrzeć należy się najpierw wdrapać na górę. Idzie się dobrze, bo akurat nie leje, więc mimo mgły i zimna jest ok. Niestety po dojściu do zamku zaczyna padać i będzie padać już do wieczora.
Zamek HukvaldyNastępnie jedziemy do Koprivnic zwiedzić Muzeum Tatry. Samochody ciekawe, jednak mnie takie wystawy nie bardzo interesują.
Muzeum TatryPóźniej udajemy się do Stramberku. Malowniczej miejscowości z ruinami zamku Strallenberg oraz drewnianymi domkami z XVIII i XIX w. Mieliśmy zamiar wejść na wieżę zamkową, ale mgła taka, że nawet wieży nie widać, więc udajemy się jedynie do mini browaru na rynku na obiad.
Piwowar na rynku w StramberkuRynek w StramberkuNa koniec dnia jedziemy jeszcze do Frydka-Mistka.
Rynek we Frydku-MistkuWciąż leje, więc po krótkim spacerze wracamy do Frydlandu. Pełni nadziei na kolejny dzień planujemy wycieczkę. Oczywiście na Łysą Górę.

Piątek, 3 maja

Rano budzi nas szum deszczu. W czasie śniadania dochodzą jeszcze odgłosy burzy. No taaaaak… Łysą Górę znów trzeba będzie odpuścić. Ale, żeby poczuć się choć trochę jak w górach postanawiamy wjechać samochodem na szczyt Pustevny i stamtąd przejść na Radhoszcza. Po drodze widzimy nawet kawałek niebieskiego nieba i przez chwilę świeci słońce, co znacznie poprawia nam humory. Jednak tuż przed Pustevnym pogoda się psuje i na parkingu, wysiadając z samochodu mamy totalna mgłę, która jak zwykle będzie nam towarzyszyć już do końca wycieczki.
MgłaWędrówkę rozpoczynamy od drugiego śniadania w knajpie licząc, że pogoda się poprawi. Niestety po godzinie to co za oknem nadal nie rokuje, więc ruszamy. Na Pustevnym znajduje się bardzo ciekawa zabudowa. Jednak widać niewiele.
PustevnyIdziemy we mgle, czasem w deszczu.
MgłaGdzieś w 1/3 drogi mijamy pomnik Radegasta – boga wojny, zwycięstwa, słońca i obfitości, przy którym oczywiście następuje sesja zdjęciowa. Nawet mgła się trochę rozstąpiła.
RadegastPóźniej dopada nas ulewa, więc zmierzamy prosto do Hotelu Radegast na Radhoszczcie, gdzie suszymy się, podjadając i popijając co nieco. Siedzimy mniej więcej godzinę i czekamy aż przestanie padać. Zaliczamy jeszcze szczyt Radhoszcza, do którego zostało dosłownie parę metrów. Na szczycie niestety oprócz tego, że zupełnie nic nie widać to wieje niemiłosiernie, więc robimy kilka zdjęć i uciekamy. A podobno z Radhoszcza są najładniejsze widoki w całym Beskidzie Śląsko-Morawskim…
RadhoszczWracamy tą samą drogą na Pustevny i jedziemy do Frydlandu.

Sobota, 4 maja

Widoki bez zmian, przestaje lać dopiero ok. 11 a to już za późno na start na Łysą Górę. Cóż tym razem nie jest nam pisane ją zdobyć. W takim razie postanawiamy zobaczyć Wodospad Satiny. Bo przecież coś trzeba robić. Wyruszamy z kwatery szlakiem w kierunku Łysej Góry. Mimo iż pogoda brzydka to widoki całkiem ładne.

Wędrujemy kilka kilometrów asfaltem i osiągamy cel.
Wodospad SatinyStamtąd postanawiamy udać się pieszo do centrum Frydlandu. W czasie drogi pogoda zmienia się diametralnie. Mgła się przeciera, chmury rozstępują i zaczyna przygrzewać słońce.
Na dziś mamy jeszcze jeden punkt do zaliczenia a mianowicie kolejny mini browar, tym razem w Dobrej pod Frydkiem Mistkiem. W związku z tym w centrum Frydlandu wsiadamy do pociągu i ruszamy w dalszą drogę. Oprócz całkiem dobrego piwa raczymy się gulaszem oraz innymi specjałami kuchni czeskiej. Wracając wieczorem na kwaterę po raz pierwszy widzimy góry.
Góry po raz pierwszy Niedziela, 5 maja

Dzień wyjazdu. Pogoda nareszcie ładna. Pociąg powrotny do Warszawy mamy dopiero o 17 z Ostrawy, więc można jeszcze dziś coś zdziałać. Wybieramy po raz kolejny kierunek Stramberk. Ale dziś już na pewno uda się coś zobaczyć. Tym razem koło browaru jedynie przechodzimy (chociaż męska część wycieczki w drodze powrotnej zabiera zapasy ze sobą) kierując się prosto na wzgórze z zamkiem. Wchodzimy na wieżę, która jest jedyną pozostałością zamku.

TrubaStramberkPozostałości zamku w Stramberku
Robimy krótki spacer po mieścinie i jedziemy w kierunku Ostrawy by wsiąść do pociągu.

Po raz pierwszy trafiliśmy na taką pogodę w czasie całej majówki. Niestety planów górskich nie udało się w ogóle zrealizować. No cóż… Trzeba będzie w związku z tym wrócić w tę okolicę w niedalekiej przyszłości.