[10-11.05.2015] Bella Italia #9 – Jeszcze tylko Chianti i jedziemy dalej!

Niedziela, 10 maja

To już nasz ostatni dzień w Figline Valdarno. Na deser zostawiliśmy sobie zwiedzanie Toskanii, a dokładnie regionu, w którym obecnie przebywamy, czyli Chianti. To właśnie tutaj znajdują się słynne winnice Chianti. Ja jednak nie jestem smakoszem tego wina. Nie mniej jednak jestem miłośnikiem tych krajobrazów. Na początek odwiedzamy miejscowość Greve in Chianti – urokliwe małe miasteczko. Właśnie odbywa się tu jarmark, możemy pooglądać ciekawe rękodzieło i zdegustować lokalne specjały. Miasteczko (jak większość w Chianti) otoczone jest malowniczymi wzgórzami, które porośnięte są winnicami. Mimo iż jest trochę turystów panuje tu spokój i cisza. Po zwiedzeniu Greve robimy sobie jeszcze spacer na pobliskie wzgórze. Zachęciły nas do tego drogowskazy, które kierowały na punkt widokowy. Oprócz winnic mijamy również gaje oliwne i okoliczne pola usiane pięknymi czerwonymi makami.

Greve in ChiantiPięknym elementem toskańskiego krajobrazu są renesansowe wille. Były one kiedyś arystokrackimi rezydencjami i zapewniały wypoczynek i wytchnienie w czasie upałów od dusznych i gorących miast takich jak Florencja, Siena czy Lukka. Wille zbudowane są z jasnego kamienia i pokryte rudawą dachówką, charakteryzują się również ogromnymi pięknie zaaranżowanymi ogrodami. Toskański krajobraz jest bardzo uporządkowany, ponieważ aby go zachować wprowadzono zakaz budowy nowych domów. Wiele z tych rezydencji pełni rolę gospodarstw agroturystycznych, są one bardzo popularne wśród turystów.

Nasz następny przystanek to Castellina in Chianti. (Jak dobrze, że jest taki wynalazek jak mapy googla i street view. Przynajmniej człowiek może przypomnieć sobie gdzie był.) Jak każda okoliczna miejscowość – piękna. Cóż tu więcej pisać.

Castellina in ChiantiDalej kierujemy się w stronię Radda in Chianti. Gdzie nie spojrzeć tam pięknie.

Popołudniu wracamy na kemping i korzystamy jeszcze z basenów. Mimo iż w dzień jest tutaj ponad 30 st. to noce bywają chłodne i temperatura spada do ok. 10 st., tak więc woda w ciągu jednego dnia nie jest się w stanie nagrzać do temperatury akceptowalnej przeze mnie. Całe szczęście jest jeden basen, z podgrzewaną wodą, który ratuje sytuację.

Poniedziałek, 11 maja

Można powiedzieć, że przez te cztery dni tylko liznęliśmy Toskanię. Region jest tak ciekawy, malowniczy i z tyloma zabytkami, że spokojnie można by tu spędzić 2-tygodniowe wakacje. Niestety my musimy opuszczać to piękne miejsce. Dziś nocować będziemy już w zupełnie innym regionie Włoch – Emilia Romania. Ponieważ musimy się wymeldować w miarę wcześnie, a na kolejnym kempingu zameldować stosunkowo późno, postanawiamy nie jechać najszybszą i najkrótszą trasą, a urozmaicić sobie podróż. I tak zamiast jechać 220km nudą autostradą, jedziemy 180km za to przez park narodowy, przez góry z najwyższym punktem na trasie na wysokości 990m n.p.m. Jest pięknie krajobrazowo i czasami emocjonująco.

Granica pomiędzy Toskanią a Emilią RomaniąDroga z Toskanii nad AdriatykPonieważ po drodze robimy się głodni, zajeżdżamy do Forli i szukamy jedzenia. Niestety jest godzina 14 i jak wiemy ze zjedzeniem czegoś na ciepło będzie problem, ale koniec końców udaje nam się znaleźć pizzerię, która generalnie jest zamknięta, ale możemy kupić pizzę na wynos. I muszę przyznać, że była to jedna z najlepszych pizzy, które zjadłam na tym wyjeździe. Może to kwestia głodu, a może jedzenia z kartonu na masce samochodu. Coś w niej było… Popołudniu dojeżdżamy do Porto Garibaldi – malutkiej miejscowości wypoczynkowej nad Adriatykiem, położonej ok. 30km od Rawenny. Kemping w porównaniu do dwóch poprzednich jest bardzo kameralny, wręcz malutki. Jego zaletą jest to, że położony jest nad samą plażą, standard domków też jest najwyższy z dotychczasowych. Jednak jeśli chodzi o zaplecze gastronomiczno-rozrywkowe kemping wypada zdecydowanie gorzej. W przeciwieństwie do Toskanii, gdzie spokojnie można powiedzieć, że sezon turystyczny już rozkręcił się na dobre tutaj jeszcze się nawet nie zaczął. Na terenie kempingu działa jedna restauracja, która jednak świeci pustkami. Basen jest, jest w nim nawet już woda, ale nikt w nim nie pływa, ponieważ jest zdecydowanie za zimno. Na kempingu ogólnie pustki. Niewiele domków jest zajętych, camperów również niewiele. Cisza i spokój, ale jednak brakuje mi tutaj życia, wszystko jakby wymarłe… Okolica również, ale o tym innym razem.

Nasz nowy domek

[08.05.2015] Bella Italia #7 – San Gimignano i Siena

Piątek, 8 maja

Nie ma czasu na odpoczynek. Plan jest napięty, więc na dziś znowu mamy czas zagospodarowany w 100%. Ruszamy z kempingu w miarę wcześnie (jak na urlop), ponieważ im wcześniej tym mniej turystów, a po wczorajszych tłumach we Florencji mamy ich dość. Pogoda wciąż fantastyczna. Pierwszy dzisiejszy cel to San Gimignano. Pięknie zachowane średniowieczne miasto nazywane „Manhattanem średniowiecza” ze względu na słynne wieże. Faktycznie z daleka miasteczko wygląda, jakby postawiono tam jakieś dziwne wieżowce.

San Gimignano widziane z dalekaZ kempingu mamy do celu jakieś 80km, ale droga jest niezwykle malownicza. Jedziemy przez region Chianti, który charakteryzuje się malowniczymi wzgórzami i usytuowanymi na nich winnicami. Do miasteczka dojeżdżamy jakoś chwilę przed południem i faktycznie, na razie liczba turystów umiarkowana.
San Gimignano to miasteczko, które praktycznie do dzisiejszych czasów pozostało średniowieczne. Przechodząc przez bramę miasta, ma się wrażanie, że przenosi się do innego świata. Miasto słynie w głównej mierze z wież wzniesionych w XII i XIII w. przez rywalizujące ze sobą rody.
Kiedyś wież było ok. 70, do dziś przetrwało zaledwie 13. Na jedną z nich udaje nam się wejść. Wieża obecnie pełni bardzo ciekawą funkcję. W okresie małego ruchu turystycznego pełni rolę wieży widokowej, a w szczycie sezonu, wieżę można wynająć i w niej zamieszkać. Jest fantastycznie urządzona. Ma chyba z 7 pięter mieszalnych, każde ma inną funkcję – jedno piętro to salon, inne sypialnia, jeszcze inne łazienka, kolejne kuchnia itd. Fantastyczna sprawa, tylko chyba ceny trochę zaporowe.
Kręcimy się po mieście, zjadamy przepyszną pizzę sprzedawaną przy ulicy, przypadkowo trafiamy na zlot Ferrari.
San GimignanoSan GimignanoSan Gimignano widziane z jednej z wieżSan Gimignano widziane z jednej z wieżSan GimignanoMiasteczko jest piękne, ale malutkie, więc w 2-3 godziny można zobaczyć praktycznie wszystko. Tak więc wsiadamy do samochodu i jedziemy dalej na południe, czyli do Sieny. W tym mieście już byłam, jakieś 17 lat temu i zapamiętałam je jako jedno z najpiękniejszych miejsc we Włoszech. Akurat w tamtym czasie odbywały się słynne wyścigi konne – Palio. Wszystko to spowodowało, że w mieście panowała niesamowita atmosfera. Zobaczymy jak będzie teraz.

Po około godzinie jazdy samochodem jesteśmy w Sienie. Jest to piękne miasto, z w pełni zachowaną antyczną strukturą. Całe jest w jednolitym kolorze żółtobrązowym – tzw. sieny palonej, koloru który nazwę swą zawdzięcza właśnie temu miastu.

SienaZabytki umiejscowione są wśród wąskich uliczek zbiegających się w kierunku Piazza del Campo, placu kształtem przypominającego rozłożony wachlarz. Był to jeden z największych placów w średniowiecznej Europie. Dwa razy w ciągu roku na tym placu odbywa się Palio, czyli wyścigi konne na oklep. Jest to najsłynniejszy toskański festyn. Odbywa się 2 lipca i 16 sierpnia. Siena dzieli się na 17 contrade (dzielnic), do których mieszkańcy są bardzo przywiązani i których godła są widoczne praktycznie wszędzie. I to właśnie mieszkańcy poszczególnych contrade rywalizują ze sobą w Palio. Na kilka dni przed wyścigiem miasto wypełnione jest barwnymi pochodami kostiumowymi i paradami. Wyścig trwa ok. półtorej minuty, są to trzy okrążenia.

Piazza del CampoRatusz na Piazza del Campo

SienaWędrujemy uliczkami i podziwiamy to piękne miasto. Niestety, kiedy docieramy pod katedrę jest godzina 18 i już nie możemy wejść do środka. Szkoda, bo to jedna z najpiękniejszych budowli w Sienie.
Katedra w SienieNa kemping wracamy autostradą. Jazda przez wzgórza Chianti jest bardzo ciekawa, ale tym razem chcemy żeby było szybko. Niestety na autostradzie był jakiś wypadek i utknęliśmy w miejscu na ponad godzinę, tak więc na kemping dojeżdżamy już długo po zachodzie słońca i z planów „basenowych” ponownie wyszły nici.

[07.05.2015] Bella Italia #6 – Florencja

Czwartek, 7 maja

Plan na dziś to Florencja. Punkt obowiązkowy naszego wyjazdu. Podobno jedno z najpiękniejszych włoskich miast. Jak można przeczytać w przewodniku „Florencja jest wielkim zespołem zabytkowym, pomnikiem renesansu, pamiątką epoki, w której nastąpiło artystyczne i kulturalne odrodzenie”. Wahamy się chwilę czy nie zostawić samochodu na dworcu i pojechać pociągiem. Pozbylibyśmy się w ten sposób takich problemów jak brak miejsc parkingowych czy korki w mieście, w końcu to dzień roboczy. Po chwili namysłu postanawiamy jednak pojechać samochodem. Do Florencji nie mamy aż tak daleko, bo niecałe 40km. Dziś ponownie przygrzewa nam słońce, jest jakieś 35 stopni i od razu człowiek czuje, że jest na wakacjach. Jednak taki upał w centrum dużego miasta jest nieco męczący. Zamiast autostrady wybieramy lokalną drogę, żeby było ciekawiej. Widoki mamy z tego powodu piękne, ale droga dostarcza też innych wrażeń. Mianowicie, jest bardzo wąska, otoczona murkami, i oblężona przez kierowców-południowców, którzy mkną zawrotną prędkością nie zważając na innych uczestników ruchu drogowego.
Parkujemy w okolicach dworca. W jego okolicach natykamy się na parking dla rowerów, ale taki z prawdziwego zdarzenia. Jestem zachwycona!
Historyczna Florencja zajmuje raczej małą przestrzeń, dzięki czemu wszystko co chcemy zobaczyć znajduje się w niewielkiej odległości od siebie i można przemieszczać się cały czas pieszo. W pierwszej kolejności kierujemy się do Katedry Matki Boskiej Kwietnej, zwanej Il Duomo. Sylwetka katedry jest znakiem rozpoznawczym Florencji, ponieważ olbrzymia kopuła katedry góruje monumentalnie nad miastem. Widząc „kilometrową” kolejkę do wejścia, nie tracąc czasu od razu się w niej ustawiamy. Po ok. 15 minutach oczekiwania i powolnego przesuwania się do przodu zauważamy, że ludzie zarówno przed jak i za nami mają w rękach bilety. Chwila konsternacji i Adam idzie na poszukiwanie biletów, a ja niecierpliwie za nim wyglądam, ponieważ nie chciałabym, aby nam przepadło miejsce w kolejce. Faktycznie okazuje się, że bilety kupuje się w zupełnie innym miejscu, ale Adamowi udało się zdążyć.

Po bardzo długim oczekiwaniu udaje nam się w końcu wejść do katedry. I trzeba przyznać, że trochę nas rozczarowuje. Z zewnątrz katedra wygląda naprawę imponująco. Wykonana jest w stylu gotyckim, z trzykolorowych marmurów, z mnóstwem detali, misternie dopracowanych szczegółów. W porównaniu z tym wnętrze wygląda dość ascetycznie. Pomijając sklepienie nad prezbiterium, które ozdobione jest pięknymi freskami. Niestety z powodu małej przestrzeni przed katedrą bardzo trudno uchwycić ją w całości na zdjęciu.
Wychodzimy z katedry i ustawiamy się w kolejnej kolejce, tym razem do wejścia na kopułę katedry. Tu już idzie zdecydowanie oporniej. Wpuszczają po kilkanaście osób co kilkanaście minut, a kolejka dłuuuuga. Oczekiwanie uprzykrzają ciemnoskórzy mężczyźni wciskający kiczowate pamiątki, selfisticki. „Maj frend” i te sprawy… Po bardzo długim oczekiwaniu w końcu udaje nam się wejść na kopułę. Opłacało się czekać, ponieważ widoki na miasto są piękne. Czerwona dachówka pięknie komponuje się z niebieskim niebem, dookoła miasta krajobraz jest pofałdowany, gdzieniegdzie wyłaniają się zielone wzgórza. Spędzamy kilkadziesiąt minut na górze, robimy mnóstwo zdjęć i schodzimy na dół, ponieważ przed nami jeszcze kilka punktów programu.
Wejście na Kampanilę sobie odpuszczamy i kierujemy się do Baptysterium. Sięga początków IV w. i jest  najstarszą budowlą we Florencji.  Znajduje się zaraz przy katedrze.  Zbudowane jest na planie ośmioboku z półkolistą absydą. Wnętrze ozdobione jest licznymi, pięknymi mozaikami przedstawiającymi sceny biblijne. Do Baptysterium prowadzą 3 pary drzwi, z czego jedne z nich – „Drzwi Raju” robią wielkie wrażenie. Pięknie zdobione, przedstawiają 10 scen ze Starego Testamentu oraz postaci biblijne i artystów żyjących w XV. Z powodu ogromnych tłumów turystów nie udaje nam się zrobić żadnego dobrego zdjęcia. Poza tym baptysterium było częściowo otoczone rusztowaniem.
Po wyjściu z Baptysterium opuszczamy Piazza San Giovanni i kierujemy się w stronę innego placu, mianowicie Piazza della Signoria. Jedną z najważniejszych budowli jest tutaj Pałac Vecchio. Przed pałacem stoją dwie charakterystyczne rzeźby z XVI w. Jedna to fontanna Neptuna, druga Dawid Michała Anioła. Niestety kopia, ponieważ oryginał został przeniesiony w muzeum. Tutaj również tłumy turystów. Zaczyna się to robić męczące…

Kolejnym naszym „must see” jest Most Złotników (Ponte Vecchio), najstarszy z florenckich mostów. Początkowo były umieszczone tu sklepu handlarzy rybami i mięsem oraz garbarzy, jednak ze względu na delikatnie mówiąc nieprzyjemny zapach oraz hałas postanowiono zastąpić ich warsztaty sklepami jubilerów i złotników. Jest to jedyny most we Florencji, który przetrwał II wojnę światową.
Ostatnim naszym punktem programu jest Galeria Uffizi. Nie wchodzimy jednak do wnętrza, ponieważ na to potrzebowalibyśmy całego dnia. Oglądamy jedynie z zewnątrz ciekawy pałac galerii sztuki, jednego z najstarszych muzeów w Europie.
Przechodzimy jeszcze pod Pałacem Pitti, kręcimy się wąskimi uliczkami, zahaczamy jeszcze o kilka ciekawych kościołów i mocno już zmęczeni tłumem i upałem wracamy do samochodu.

Muszę przyznać, że rozczarowałam się Florencją. Może moje oczekiwania były po prostu zbyt wygórowane. Trzeba przyznać, że miasto jest ciekawe, ale znam wiele ładniejszych we Włoszech. Najładniej prezentuje się z góry. Czerwona dachówka pięknie komponuje się z niebieskim niebem, a pofałdowany krajobraz dookoła miasta dodaje mu uroku. Nad miastem dominuje sylwetka katedry oraz kampanili. Przeważa kolor ochry. Jednak spacerując po mieście, ciężko dostrzec piękno tego miasta. Poza kilkoma naprawdę pięknymi budowlami, całość prezentuje się średnio.