[15-29.08.2014] Donauradweg, czyli 700km na rowerze z Niemiec na Słowację cz. 1

Planów na długi urlop jak zwykle było wiele. Zdecydowaliśmy, że tym razem spędzimy go na rowerach. Mieliśmy postanowienie, że nie będzie to taki zwykły wyjazd, ale pewnego rodzaju przygoda. Nie będziemy spędzać czasu w jednym miejscu, ale przejedziemy trasę z punktu A do punktu B, nocując po drodze w mijanych miejscowościach. Pomysłów było kilka. Początkowo zastanawialiśmy się nad Rugią, niemiecką wyspą na Bałtyku (jednak wyjazd wychodził dość drogo), następnie nad trasą Świnoujście-Hel (tutaj odstraszył nas jednak stan dróg/szlaków rowerowych i ogólnie pojęta infrastruktura rowerowa). Koniec końców stanęło na najpopularniejszej trasie rowerowej w Europie, a mianowicie Donauradweg. Jest to część międzynarodowego szlaku rowerowego EuroVelo 6, czyli trasy wzdłuż drugiej co do długości europejskiej rzeki – Dunaju. Trasa rozpoczyna się jak sama nazwa wskazuje u źródeł Dunaju i cały czas wzdłuż rzeki prowadzi aż do Konstanty w Rumunii, gdzie Dunaj wpada do Morza Czarnego. My wybraliśmy odcinek austriacki, czyli część wspomnianego już wcześniej Donauradweg, od Passau w Niemczech do Bratysławy na Słowacji. To waśnie ten odcinek jest najbardziej popularną trasą rowerową w Europie.

Jednak taka wyprawa to nie takie tam hop siup, więc jak tylko podjęliśmy decyzję o wyjeździe rozpoczęliśmy przygotowania. Trzeba było kupić wiele sprzętu, ponieważ mieliśmy zamiar nocować głównie na kempingach/polach namiotowych – czyli namiot, materace, sakwy itp. Zaopatrzyliśmy się też w wiele interesujących mapek i folderów (tutaj polecam kontakt z Informacją Turystyczną Austrii mająca swoje przedstawicielstwo w Warszawie; wysyłają bezpłatnie bardzo ciekawe materiały o konkretnych regionach; my otrzymaliśmy m.in. mapę Austrii z wyszczególnionymi wszystkim kempingami/polami namiotowymi czy mapę trasy rowerowej Passau-Bratysława z ciekawymi informacjami dotyczącymi mijanych miejscowości, atrakcji turystycznych, pensjonatów, hoteli). Przechodzimy również jakieś dramaty z polską koleją, ponieważ mając już wszystko zaplanowane okazuje się, że w żadnym pociągu do Wiednia nie można przewozić rowerów. Pan z informacji PKP Intercity sugeruje złożyć rower i spakować go jako bagaż podręczny! Nie, to nie jest żart. Szczęśliwym trafem okazuje się, że istnieje jeden pociąg, w którym rower można przewieźć przez południowa granicę Polski (ten jeden jedyny pociąg to Varsovia do Budapesztu), tak więc postanawiamy jechać drogą okrężną i trochę dłuższą przez Bratysławę, ale za to bez roweru w kartonie. Koniec końców mapa jest, bilety są, rowery w pełnej gotowości również no to jedziemy.

Piątek, 15 sierpnia

Ruszamy z Warszawy ok. godziny 10. Mamy miejsca w czeskim wagonie przystosowanym dla rowerzystów, tzn. część wagonu to takie duże pomieszczenie z numerowanymi hakami na rowery (numer haka odpowiada numerowi miejsca do siedzenia), a część to taka „bezprzedziałówka” z miejscami dla rowerzystów. Bardzo mądrze pomyślane. Dlaczego w polskich pociągach czegoś takiego nie ma… Ponieważ właśnie rozpoczyna się długi weekend wagon jest pełen rowerzystów, każdy opowiada gdzie się wybiera, następuje ogólna integracja i podróż mija bardzo przyjemnie. Dodatkowo jedzie z nami czeski wagon restauracyjny, w którym podają knedliki z gulaszem (bardzo dobrym). Pełnia szczęścia.

Niestety do Bratysławy przyjeżdżamy z małym opóźnieniem co powoduje, że mamy na przesiadkę na pociąg do Wiednia bardzo mało czasu. Oczywiście czeka on na innym peronie niż przyjechaliśmy, a na dworcu nie ma wind/pochylni/czegokolwiek co ułatwiłoby przemieszczenie się do drugiego pociągu. Zaczyna się zabawa: zdejmij sakwy, znieś rower, znieś sakwy, wnieś rower, wnieś sakwy, załóż sakwy… Ale udaje się zdążyć.

Pociąg wypełniony po brzegi, szczególnie wagon rowerowy, ale znalazłam sobie kawałek miejsca na podłodze za wiszącym rowerem, po czym przyszedł austriacki pan konduktor i oznajmił „Das ist nich gute Platz!” no i musiałam resztę drogi stać. Tak, „Ordnung muss sein”! Całe szczęście podróż nie jest długa i po godzinie jesteśmy na Hauptbahnhof we Wiedniu.

Dworzec Główny we WiedniuTeraz pozostaje nam już przejażdżka po ciemku przez Wiedeń. Mimo że po ciemku i mimo że przez centrum dużego miasta jazda jest bardzo przyjemna. Widać, że Wiedeń jest bardzo prorowerowy i nawet ja, która bardzo boi się jeździć na rowerze po ulicach dużego miasta, tutaj nie mam się czego obawiać – ścieżki rowerowe, pasy rowerowe no i przede wszystkim kierowcy, którzy szanują rowerzystów.

Schönbrunn wieczorową porąKemping, który wybraliśmy jest na uboczu i na całkiem sporej górce, ale w zamian za to dookoła las i cisza. Rozbijamy namiot w zupełnej ciemności. Nad nami rozgwieżdżone niebo. Udaje mi się dojrzeć nawet spadającą gwiazdę.

Sobota, 16 sierpnia

Pierwsze doświadczenie nocowania w namiocie – mokre rzeczy przez noc nie wysychają. Dodatkowo przemarzliśmy tej nocy okrutnie. Wstajemy bardzo wcześnie, ponieważ około godziny 8 mamy pociąg, a wcześniej trzeba przecież zwinąć cały tej majdan.

Pole namiotowe we WiedniuO ile wczoraj musieliśmy się nieźle napedałować pod górę, to dzisiejszy zjazd na dworzec jest czystą przyjemnością. Jedziemy pociągiem do Sankt Pölten, gdzie będzie na nas czekać RadExpress Donau, czyli zabytkowy pociąg przeznaczony specjalnie dla rowerzystów, którzy przemierzają Donauradweg (normalnie pociąg zaczyna z Wiednia, ale akurat dzisiaj są jakieś roboty na torach).

W Sankt Pölten robimy krótką przejażdżkę na rynek. Jednak stawiają tutaj właśnie scenę, namioty, ławy i stoły, co odebrało urok temu miejscu.

Wracamy na dworzec i rozpoczynamy ostatnią część naszej podróży do miejsca startu. W Passau zjadamy obiad w sprawdzonej już w maju restauracji i przeczekujemy najpierw ulewę, potem burzę i następnie kolejną burzę. Po pięknej pogodzie jaka była jeszcze rano we Wiedniu nie ma śladu. Kręcimy się po Passau od schronienia do schronienia nie mogąc się zdecydować czy już wystartować czy jeszcze nie.

Ponieważ pora zrobiła się mocno popołudniowa, a tym razem chcielibyśmy dojechać na kemping przed zmrokiem postanawiamy ruszać w deszczu.

PassauDzisiejsza trasa jest krótka, bo wynosi tylko 20 km, ale jedzie się niezbyt przyjemnie, ponieważ co jakiś czas pada.

No to ruszyliśmy. Tu juszcze w Passau.Takich syrenek jest kilka na trasie.Na trasie Passau-ObernzellPostanawiamy zatrzymać się na noc jeszcze w Niemczech na kempingu w Obernzell. Jednak po przyjeździe na miejsce okazuje się, że kemping jest jakiś tajemniczy. Nie możemy znaleźć żadnej recepcji, zaplecza sanitarnego, nie widzimy również żadnego kawałka ziemi gdzie można by rozbić namiot. Kemping przypomina bardziej ogródki działkowe, ponieważ składa się jedynie z małych domków/altanek. Po objechaniu terenu ze trzy razy postanowiliśmy zrobić zakupy w pobliskim markecie i pojechać na kolejny kemping, który pokazywała nam mapa – do austriackiego Kasten. W tym celu wsiadamy na prom i przepływamy na drugą stronę rzeki (a tym samym drugą stronę granicy). Takimi promami będziemy przepływać jeszcze wiele razy podczas naszej wyprawy.

Na promie na Dunaju. Przeprawiamy się na drugi brzeg a jednosześnie do innego kraju.Po zejściu na ląd pedałujemy bardzo szybko, ponieważ goni nas kolejna burza. W Kasten już bez problemu odnajdujemy kemping. Meldujemy się i zjadamy na świeżym powietrzu kolację (oczywiście pod zadaszeniem, ponieważ leje). Czekamy aż w końcu przestanie padać i rozbijamy namiot. Kemping jest pięknie położony, nad samą rzeką, a raczej małą zatoką portową, pomiędzy górami. Kiedy w końcu przestaje padać rozbijamy namiot i idziemy na spacer zwiedzić kemping. Po deszczu unoszą się malownicze mgły, które są pięknie oświetlane przez zachodzące słońce.

Zachód słońca w KastenZatoka w Kasten, nad którą położony jest kempingWidok z naszej rezydencjicdn.

[26.04-06.05.2014] Bawarsko-Wiedeńska majówka cz.1

W tym roku na majówkę obraliśmy kierunek południowo-zachodni. Korzystając z gościnności wujków spędziliśmy tydzień w pięknej Bawarii.

Sobota, 26 kwietnia

Podróż do Regensburga, czyli miejsca docelowego zajęła nam cały dzień. Podróż koleją (6 przesiadek) trwała ok. 15 godzin, ale za to udało się dojechać w miarę „po taniości”. Po drodze zatrzymaliśmy się na szybki spacer po Dreźnie.
DreznoNie obyło się też bez atrakcji. Akurat podczas najmniej dogodnej przesiadki (z pociągu na autobusową komunikację zastępczą) rozpętała się straszna burza z gradem. W kilka sekund byliśmy przemoczeni.

Niedziela, 27 kwietnia
Zwiedzanie zaczęliśmy od Weltenburga, gdzie położony jest klasztor w którym znajduje się podobno najstarszy browar w Niemczech, w którym produkuje się ciemne piwo. Położony jest pięknie, nad samym przełomem Dunaju. Jednak pogoda tego dnia nie sprzyjała jakiemukolwiek zwiedzaniu, więc szybko stamtąd uciekliśmy do domu. I tak, przez tę chwilę zdążyliśmy przemoczyć doszczętnie buty.
Przełom Dunaju

Popołudnie spędziliśmy na spacerze po Regensburgu.

RegensburgPoniedziałek, 28 kwietnia

Niestety prognozy pogody na najbliższy tydzień nie były optymistyczne. Na dziś po długim studiowaniu prognozy wybraliśmy miasto, w którym miała być stosunkowo najlepsza pogoda, mianowicie Norymbergę – drugie co do wielkości miasto Bawarii, raj dla miłośników pierników i kiełbasek. Przeszliśmy przez stare miasto, obejrzeliśmy m.in. zamek wraz z ogrodami,

Zamek w NorymberdzeWidok z terenó zamkowych na stare miastodom Durera, Frauenkirche, Główny Rynek

Rynek w Norymberdzeratusz, kościół św. Sebalda, w którym można podziwiać dzieła Wita Stwosza i wiele innych miejsc.
NorymbergaNorymbergaWidok z zamku na Norymbergę Przejechaliśmy się również metrem bezobsługowym (do tej pory nie mogę pojąć jak to może działać!). Ku mojemu niezadowoleniu musieliśmy również zaliczyć jakąś linię tramwajową. Oczywiście wycieczka nie byłaby w pełni udana, gdybyśmy nie wybrali się na obiad na tradycyjne norymberskie kiełbaski!
Korzystając z bliskości Fürth postanowiliśmy zajrzeć i tam. Razem z Norymbergą i Erlangen tworzy tzw. trójmiasto frankofońskie.

FürthFürthWtorek, 29 kwietnia

Nadal leje. Zimno. Nie ma sensu nigdzie dalej jechać. Po śniadaniu pojechaliśmy na krótką wycieczkę w niedaleką okolicę – Kallmünz. Jest to mała mieścina, w której znajdują się ruiny zamku położonego na wysokiej skale oraz bardzo ładne zabudowania.
KallmünzKallmünzOkolice przypominają mi trochę Jurę Krakowsko-Częstochowską.

Ruiny zamku w KallmünzPopołudnie przeznaczyliśmy na zwiedzanie Regensburga. Niestety znowu pod parasolem.

Widok z wieży kościoła na RegensburgŚroda, 30 kwietnia

Prognozy pogody wskazywały, że dziś najlepsza pogoda w Passau. No to pojechaliśmy. No i w końcu przestało padać. Od razu zupełnie inaczej się zwiedza. Miasto piękne, położone u zbiegu dwóch rzek: Dunaju i Inn, nazywane również niemiecką Wenecją.

MIejsce połączenia dwóch rzek: Dunaju i InnZobaczyliśmy Katedrę św. Stefana (choć baroku nie lubię to kościół naprawdę ładny), stary ratusz i pozostałości gotyckich murów nad brzegiem Innu.
Passau nad rzeką InnWdrapaliśmy się również na wzgórze, gdzie mieści się Veste Oberhaus – warowny zamek biskupi, który w późniejszych latach stał się twierdzą, skąd roztaczał się piękny widok na miasto.

Widok z Veste Oberhaus na PassauTwierdza OberhausZabrakło niestety czasu i sił na Wallfahrtkirche Mariahilf – kompleks klasztorno-kościelny z XVII w.
W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o Landshut, bardzo przyjemne małe miasto.

LandshutLandshutcdn.