[14-16.08.2015] Góry Choczańskie

W połowie sierpnia zazwyczaj następuje oblężenie Tatr. W tym roku 15. sierpnia przypada w sobotę, więc być może będzie odrobinę lepiej, ale wolimy nie ryzykować i wybieramy się w góry mniej uczęszczane. Idealne wydają się Góry Choczańskie u naszych południowych sąsiadów. Jest to pasmo rozciągające się pomiędzy Tatrami Zachodnimi a Małą i Wielką Fatrą. Przypomina trochę jedno, trochę drugie – zależy od której strony patrzeć.

Nocleg standardowo rezerwujemy w Liptowskim Mikulaszu, ponieważ to prawie idealna baza wypadowa zarówno w Tatry Zachodnie, Niżne Tatry jak i właśnie Góry Choczańskie. Tym razem nasz samochód zostaje pod domem. Do Katowic jedziemy pociągiem, a w sobotę rano Łukasz zabiera nas samochodem prosto na Słowację.

Piątek, 14 sierpnia

Wyjeżdżamy dosyć wcześnie jak na sobotę, ale nie na tyle wcześnie, żeby nie dało się wyspać. Jedziemy przez Bielsko, Żywiec, Przełęcz Glinkę i dalej Górną Orawę aż do Rużomberoka, gdzie zostawiamy samochód i łapiemy autobus do miejscowości Valaská Dubová. Stąd mamy zamiar zaatakować Wielkiego Chocza – najwyższy szczyt Gór Choczańskich, który od dawna chodził nam po głowie (a dokładnie od 2007 r., kiedy to po raz pierwszy spędzaliśmy razem wakacje w Liptowskim Mikulaszu). Góra może nie jest jakaś bardzo wysoka, ponieważ liczy zaledwie nieco ponad 1600m n.p.m., jednak jest zdecydowanie wyższa od wszystkich innych okolicznych szczytów co powoduje, że wydaje się wyższa niż w rzeczywistości. Z miejscowości Valaska Dubova prowadzi na szczyt najkrótszy i najłatwiejszy szlak na Chocza. Sama wioska również jest godna uwagi. Położona na wysokości prawie 700m n.p.m., licząca zaledwie 700 mieszkańców wieś posiada bardzo ciekawą starą zabudowę.

Jest jeszcze przed południem, a upał daje się już nieźle we znaki. Ruszamy z przystanku autobusowego niebieskim szlakiem prowadzącym na Pośrednią Polanę. Szlak się dłuży, mozolnie wdrapujemy się lasem pod górę. Szlak nie jest widokowy, ale przynajmniej cień pozwala jakoś poradzić sobie ze żarem lejącym się z nieba. Tłumów na szlaku nie ma. Hmmm… w sumie oprócz nas to nikogo nie ma. Po około 1,5h meldujemy się na wspomnianej wcześniej Pośredniej Polanie.

Początek niebieskiego szlaku na Wielkiego ChoczaPośrednia Polana pod Wielkim ChoczemTu planujemy postój – wyrównanie oddechu, łyk wody, gryz kanapki itp. Na mapie znaleźliśmy z tym miejscu chatę, więc spodziewaliśmy się jakiegoś szałasu, baru, generalnie miejsca gdzie można się napić czegoś zimnego. Faktycznie jakaś drewniana chata stoi, tylko zamknięta na cztery spusty. Szkoda… Bo zapasów wody nie mamy za dużo. Po dłuższej przerwie i dyskusji czy idziemy dalej postanawiamy się rozłączyć. Adam i ja ruszamy zielonym szlakiem na szczyt, a Łukasz z powodu zbyt małej ilości wody i upału postanawia poczekać na nas na polanie. Nie wiem czy to dobry pomysł, bo upał faktycznie jest srogi, a od teraz pójdziemy już tylko odkrytym terenem, bez jakiejkolwiek szansy na cień. Szlak też będzie zdecydowanie bardziej stromy, niż do tej pory. Niestety po kilku minutach podejścia słyszymy pierwszy grzmot i z daleka obserwujemy ciemne chmury. Po trzecim grzmocie postanawiamy zawrócić (będąc już w 1/3 podejścia na szczyt). Generalnie to ja podejmuję taką decyzję i zmuszam do odwrotu Adama, ponieważ po burzy jaką przeżyliśmy na szlaku pomiędzy Świnicą z Zawratem mam już dość tego typu atrakcji. Adam nie kryjąc niezadowolenia schodzi za mną. Za polaną dołączamy do Łukasza i niebieskim szlakiem schodzimy do Rużomberoka. 10-kilometrowa trasa dłuży się niemiłosiernie, ale po prawie 3 godzinach jesteśmy z powrotem przy samochodzie. Nie muszę chyba dodawać, że burza przeszła bokiem…
Zejście Wielkiego Chocza w kierunku RużomberokaSobota, 15 sierpnia
Dzisiaj planujemy zajrzeć w stare kąty. Mamy zamiar powtórzyć wycieczkę z 2007 r. przez Dolinę Prosiecką i Kwaczańską. Niestety wtedy połowę trasy pokonaliśmy biegiem, żeby zdążyć na ostatni (a może jedyny) autobus powrotny. Planowaliśmy zrobić wtedy tylko połowę trasy (do wsi Velke Borove) i stamtąd wrócić autobusem do Liptowskiego Mikulasza, jednak okazało się, że ten autobus to oczywiście jeździ, ale nie w środy(?!). Sprzedawca w sklepie podpowiedział nam, że jedyny autobus jakim możemy stąd wrócić do Liptowskiego Mikulasza odjeżdża z Kvacan za godzinę, po czym spojrzał na zegarek i jedynie machnął ręką. Gdy on kończył zdanie w stylu „i tak nie macie szans zdążyć” my już biegiem opuszczaliśmy Velke Borove. I udało się. Zdążyliśmy, ale z tej części szlaku nie zapamiętałam dosłownie nic. Swoją drogą ciekawe czy teraz też dalibyśmy radę w tym czasie to przebiec…

Pogoda identyczna jak w sobotę. Słońce przygrzewa już mocno od samego rana. Samochód zostawiamy na parkingu w miejscowości Prosiek u samego wylotu doliny. Dolina Prostecka przypomina trochę Słowacki Raj – są drewniane mostki, łańcuchy, drabinki. Nie można się nudzić. Krajobrazowo również jest ciekawie.

Początek Doliny ProsieckiejDolina ProsieckaNiebieskim szlakiem docieramy do rozstaju Červené piesky, stąd można w 5 minut podejść do pięknego wodospadu, jednak jak słyszymy od turystów powracających z tego kierunku – wodospad wysechł. W takim razie tę atrakcję odpuszczamy i idziemy dalej w kierunku wsi Velke Borove. Z doliny wychodzi się na bardzo ładny płaskowyż. Widać stąd zarówno pobliskie szczyty Gór Choczańskich jak i Tatr Zachodnich. Wszystko pięknie ładnie, tylko że znowu zaczyna grzmieć. A my na odkrytym terenie bez możliwości schowania się. Dlatego też ten odcinek pokonujemy szybkim krokiem i gdy docieramy do Doliny Kwaczańskiej czujemy się zdecydowanie bezpieczniej.

Drabinki w Dolinie ProsieckiejOkolice SvoraduZbliża się burzaUciekamy przed burząPo drodze zahaczamy jeszcze o wodne młyny – urocze miejsce w Dolinie Kwaczańskiej, a następnie schodzimy czerwonym szlakiem w dół. Gdy dochodzimy do Kvacan nasza wycieczka się jeszcze nie kończy, ponieważ musimy wrócić do samochodu żółtym szlakiem. Jesteśmy już mocno zmęczeni upałem i ledwo człapiemy przez te ostatnie 1,5h, ale widoki rekompensują nam ten wysiłek. Na parkingu pierwsze co robimy to kierujemy się do pobliskiej knajpki i każdy wychyla prawie że „na raz” po pół litra kofoli. Potem można już wracać.

Niedziela, 16 sierpnia
Poniedziałek to już czas na spokojny powrót do domu. W sumie to bez sensu wracać wiedząc, że w piątek będziemy tu ponownie.

[28.02-07.03.2015] Narciarski urlop na Chopoku

Do tej pory na narty zawsze jeździłam w Alpy, głównie do Austrii. O pogodę w Alpach nie trzeba się było martwić (szczególnie w marcu), śniegu też zawsze było wystarczająco, no i te kilometry tras… Warunki idealne.

W 2015 r. z powodu cięcia kosztów postanowiliśmy poszusować u naszych południowych sąsiadów na Chopoku. I muszę przyznać, że jeśli tylko warunki pogodowe są sprzyjające (co na Słowacji nie jest już tak oczywiste jak w Austrii) to jazda na nartach jest tak samo przyjemna. Kilometry tras o różnym stopniu trudności, wygodne wyciągi, restauracje i knajpy na stokach. Naprawdę był to bardzo udany narciarski wypad.

Zdjęcia niestety z telefonu.

Widok z Chopoka na stronę południową. Po lewej stronie schronisko Kamienna Chata.Widok z restauracji na szczyt ChopokaWidok z Chopoka na stronę wschodnią. W tle najwyższy szczyt Niżnych Tatr - Dumbier.Widok z trasy na Tatry Zachodnie i Wysokie