[15-29.08.2014] Donauradweg, czyli 700km na rowerze z Niemiec na Słowację cz. 3

Wtorek, 19 sierpnia

Czas na trochę przerwy od Donauradweg. Ponieważ dzisiaj również będziemy nocować w Linzu, możemy wyskoczyć na wycieczkę w góry bez bagaży. Ale żeby zaoszczędzić na czasie, a tym samym zobaczyć więcej, postanawiamy zabrać ze sobą rowery. Zjazd na dworzec kolejowy jest czystą przyjemnością, jednak pod dworcem Adam patrzy się na mnie, ja na niego, chwila konsternacji i nagle pojawia się pytanie „A gdzie aparat?!”. No tak… został w pokoju. A do odjazdu pociągu pozostało 20 minut. Całe szczęście dzięki dobrej kondycji Adama w ostatniej chwili wpadamy do pociągu… oczywiście z aparatem.

Jedziemy do Gmunden. Po ostatniej Eurowizji miejscowość stała się bardziej popularna, ponieważ to właśnie stąd pochodzi słynna już w całej Europie Conchita Wurst. My jednak obraliśmy ten kierunek ze względów czysto krajobrazowych, ponieważ Gmunden to urokliwe miasteczko położone u stóp Alp Salzburskich.

Gmunden. Droga z dworca kolejowego do centrum.To 13-tysięczne miasto leży nad samym brzegiem jeziora Traunsee, nad którym góruje Traunstein – góra może nie aż tak wysoka jak by się z dołu wydawało, ale imponująca ze względu na ociosane kształty.

Traunsee widziane z Gmunden.Jedną z atrakcji turystycznych Gmunden jest zamek Ort położony na wyspie. Jest to jedna z najstarszych budowli w regionie.

Zamek OrtZamek Ort. W tle Traunstein.Wart zobaczenia jest również rynek z ratuszem z XVI w. Właśnie na rynku udaje nam się zjeść całkiem dobre kiełbaski. Po obejrzeniu powyższych atrakcji kierujemy się wzdłuż wybrzeża do przystani statków (skąd można odbyć rejs po jeziorze), a następnie pod kolejkę, która wjeżdża na Traunstein. Jednak my rezygnujemy z wjazdu. Pogoda i widoczność nie jest zachwycająca, poza tym trzeba by było gdzieś zostawić rowery.

Wracamy na dworzec i postanawiamy pojechać jeszcze dalej w głąb gór, a mianowicie do Bad Ischl – uzdrowiska, gdzie swoją letnią rezydencję miał sam cesarz Franciszek Józef I. Było to również miejsce wypoczynku wielu kompozytorów, m.in. Johanna Straussa. A tak swoją drogą to warto się przejechać z Gmunden do Bad Ischl pociągiem choćby ze względu na widoki. Tory kolejowe wiją się wzdłuż brzegu Traunsee, a następnie wjeżdżają w głęboką dolinę.

Traunstein i Traunsee widziane z okna pociągu.Traunstein i TraunseeRobimy szybką przejażdżkę przez miasto. Nareszcie się wypogadza i nagle robi się bardzo przyjemnie.

Dom zdrojowy w Bad IschlNa deptaku w Bad IschlWracamy na dworzec i jedziemy z powrotem do Linzu. Widoki z okna pociągu są naprawdę ładne.

Widok z pociągu w kierunku GmundenWidok z pociągu na odcinku Bad Ischl - GmundenJedziemy i oglądamyW Linzu podjeżdżamy znowu na rynek na lody i wracamy na nocleg.

Linz w świetle zachodzącego słońca.

Środa, 20 sierpnia

O ile wczoraj pogoda była znośna to dzisiaj jest okropnie – zimno i siąpi deszcz. A Adam na dodatek ma jeszcze obiecane foty tramwajowe w Linzu, gdzieś na jakimś pipidówku. Kiedy opuszczamy schronisko nie jest najgorzej, jednak po jakiś 15 minutach zaczyna lać, więc stajemy pod zadaszeniem. I tak jeszcze kilka razy – raz pod wiatą przystankową, raz na stacji benzynowej, raz pod mostem… Zanim udało nam się wyjechać z Linzu minęło naprawdę sporo czasu.

Po opuszczeniu miasta jedziemy samym brzegiem Dunaju. Po drugiej stronie rzeki widać strefę przemysłową. Jak dla mnie widok przytłaczający.

Opuszczamy Linz.Po około 10km dojeżdżamy do elektrowni wodnej i przejeżdżamy przez jej tereny na drugi brzeg, odbijamy nieco od Dunaju i przejeżdżamy przez jakieś wymarłe wsie. Wygląda to trochę tak jakby po zeszłorocznej powodzi (widać, że woda sięgała tu pierwszego piętra) wszyscy mieszkańcy opuścili wieś. Trasa z powrotem sprowadza nas w kierunku rzeki i po kolejnych 5km docieramy do Enns. Donauradweg nie prowadzi przez centrum miasta, ale my postanawiamy odbić z trasy i zobaczyć co tu mają ciekawego.

EnnsPrzy okazji zjadamy na rynku bardzo smaczny obiad i uzupełniamy płyny. Całe szczęście przestało padać, ale mamy wrażenie, że robi się coraz zimniej. Nawet Adam, który jest wytrzymały postanawia ubrać długie spodnie (ja w tym samym momencie mam na sobie już 3 warstwy).

Wracamy do głównej trasy i kierujemy się do Mauthausen, gdzie ponownie przeprawiamy się promem na drugi brzeg. Innego wyboru nie ma, tutaj Donauradweg znowu prowadzi tylko jednym brzegiem. Zostało nam ok. 7 km do Au (to już druga miejscowość o tej dziwnej nazwie na naszej trasie), gdzie zamierzaliśmy nocować na kempingu.

MauthausenPomimo późnego wyjazdu z Linzu, postojów na przeczekanie deszczu i przerwy obiadowej w Enns czas mamy bardzo dobry i w Au jestesmy ok. 15, a to trochę za wcześnie jak na zakończenie dnia. A tak naprawdę, pomimo pogody jedzie nam się bardzo dobrze i mamy jeszcze spore zapasy energii. Z drugiej strony kemping w Au kusi, ponieważ jest tu niepowtarzalna możliwość przenocowania w ogromnych drewnianych beczkach klik. Jednak podejmujemy decyzję, że jedziemy dalej. W związku z tym, że teraz czeka nas jazda wałem przez 13 km wśród „zupełnego niczego”, mamy nadzieję, że nie lunie. Przy okazji przekraczamy granicę landu. Przejeżdżamy z Oberösterreich do Niederösterreich. Ku naszemu zdziwieniu tę granicę przekraczaliśmy jeszcze kilka razy, ponieważ jak się okazało, prowadzi ona na tym odcinku mniej więcej wzdłuż Dunaju, raz po jednej raz po drugiej stronie.

Granica landuTym sposobem dojeżdżamy do Mitterkirchen im Machland, gdzie robimy małą przerwę na uzupełnienie płynów, na jednym z wielu przydrożnych „pitstopów” dla rowerzystów – są knajpki z napojami, są ławy, tablica ze schematem szlaków i mapy.

Pitstop dla rowerzystów. Knajpka, tablica z drogowskazami, mapy, wiaty.Nasza mapa radziła nam, aby w tym miejscu znowu zmienić brzeg, ale postanowiliśmy zrobić jej na przekór i chyba dobrze, bo dalsza część trasy była naprawdę ciekawa. W tym miejscu również pada decyzja, że pedałujemy dziś aż do Grein, czyli jeszcze ponad 20km. Jedziemy bardzo malowniczą drogą, pofałdowanym terenem przez wsie, pola i sady. Na horyzoncie widać już również góry, czyli tam gdzieś musi być Grein. Co jakiś czas mijamy słupy, na których zaznaczono poziom wody podczas powodzi w ubiegłym roku – robi wrażenie. Kolejną ciekawostką tego odcinka trasy są miejscowości, które mijamy. Z powodu nawiedzających ten rejon powodzi, miasteczka ogrodziły się dookoła wałami przeciwpowodziowymi. W czasie zbliżającej się powodzi bramy są zamykane i miasteczka są zabezpieczone. Jednak na poniższym zdjęciu widać, że w 2002 roku niewiele brakowało.

Mury przeciwpowodzioweZ czasem sady zmieniają się w pola kukurydzy i teraz ścieżkami wśród wysokich pędów jedziemy prawie jak w labiryncie, jednak bezbłędnie do celu. Niestety z tego odcinka trasy nie mamy ani jednego zdjęcia, ponieważ na horyzoncie pojawiły się czarne chmury, przed którymi musieliśmy uciekać.

Już niedaleko do GreinPonownie dobijamy do brzegu i po ok. 10km wjeżdżamy do Grein. Pięknie położonego miasteczka, pośród gór, nad Dunajem. Na chwilę przed wjazdem do Grein pada decyzja, że dziś nocujemy pod dachem. Jest zbyt zimno na namiot, na dodatek zanosi się na niezłą ulewę. W pierwszym pensjonacie niestety brak wolnych miejsc, ale przemiła pani gospodyni zadzwoniła do swojej koleżanki z innego pensjonatu i załatwiła nam nocleg dwie ulice dalej.

Pani Hermione już z daleka energicznie macha nam przez okno, szeroko się uśmiechając. Warunki w pensjonacie są oldschoolowe, ale jest czysto, schludnie i przede wszystkim ciepło. A pani właścicielka była przeszczęśliwa, ponieważ jak się okazało, byliśmy pierwszymi Polakami, którzy u niej nocowali. Gospodyni była tak sympatyczna, że po spytaniu o najbliższy sklep stwierdziła, że podrzuci nas autem. Oczywiście grzecznie podziękowaliśmy i popedałowaliśmy sami. Jak tylko dojechaliśmy do sklepu chmury nas dogoniły i zaczęło lać. W strugach deszczu wróciliśmy do pensjonatu, zjedliśmy obfitą kolację złożoną ze specjałów jakie udało nam się kupić w Hofferze i wykończeni poszliśmy spać.

Przejechaliśmy dzisiaj 86km. To mój rekord z takim obciążeniem. Jestem z siebie dumna.

cdn.

[15-29.08.2014] Donauradweg, czyli 700km na rowerze z Niemiec na Słowację cz. 2

Niedziela, 17 sierpnia

Całą noc lało. I to solidnie. Nad ranem również budzi nas szum deszczu. Wychylamy głowy z sypialni dopiero jak się trochę uspokaja. I tu zaskoczenie. W przedsionku mamy małą powódź. Wieczorem źle rozłożyliśmy podłogę w przedsionku, kawałek wystawał poza tropik i małą rynienką woda wpływała do środka namiotu. Wszystko w przedsionku stało w wodzie, a nasze sakwy tym samym przeszły pierwszy test i zdały go celująco. Pomimo stania całą noc w wodzie, w środku wszystko było suche. Tym sposobem obyło się bez strat.

Widoki na poprawę pogody trochę marne – cały czas pada, dookoła mgła, a dziś czeka nas jeden z najładniejszych docinków trasy. Droga będzie wiodła przełomem Dunaju, pięknymi zakolami, wśród gór.

Kemping o porankuDłużej w namiocie nie da się już siedzieć, ileż można… więc idziemy pod zadaszenie, gdzie znajdują się ogólnodostępne ławy i stoły zjeść śniadanie. Ponieważ nie ma tu dostępu do WiFi, wykonujemy telefon do Polski, żeby sprawdzić prognozę na dzisiejszy dzień. Internet twierdzi, że właśnie świeci słońce i na dodatek będzie świecić przez cały dzień. Hmm… ciekawe.

Kiedy przestaje padać musimy jeszcze chwilę odczekać aż tropik trochę przeschnie, potem pakujemy się i ruszamy w drogę. Po deszczu znowu mamy ciekawe widoki, które powoduje unosząca się mgła.

Podnosząca się mgłaDroga początkowo nie jest zbyt przyjemna, ponieważ prowadzi wzdłuż ruchliwej drogi, więc jest głośno. Po około 5km dojeżdżamy do pierwszej atrakcji – elektrowni wodnej o ciekawej architekturze.

Elektrownia wodnajednak z wielu mijanych elektrowni na DunajuStąd mamy już tylko 2,5km do pierwszej miejscowości, swoją drogą bardzo ładniej – Engelhartszell. W międzyczasie rozpogadza się na dobre i faktycznie wychodzi przepowiadane słońce.

EngelhartszellNa ryneczku robimy sobie postój, a że przy okazji znajdujemy przyjemną pizzerię postanawiamy zostać tu na obiad, wszak już samo południe. Pizza okazała się wyśmienita, więc najedzeni i z dobrymi humorami ruszamy dalej.

W większości Donauradweg jest poprowadzona równolegle po obu stronach rzeki, jednak zdarzają sie odcinki, kiedy szlak prowadzi tylko jednym brzegiem. I tak sie dzieje właśnie teraz. Przez najbliższe 10km Donauradweg poprowadzona jest jedynie lewym brzegiem Dunaju, więc jestesmy zmuszeni ponownie skorzystać z Radfähre, czyli promu dla rowerzystów.

Prom, a raczej promik dla rowerzystówProm prowadzi małżeństwo (tak obstawiam) w podeszłym wieku. Zaraz po odbiciu od brzegu rozstawiają kieliszki i zaczynają polewać rowerzystom schnapsy! Puszczają ster i obydwoje zajmują się obsługiwaniem pasażerów. Idzie im to na tyle sprawnie, że po 5 minutach (tyle mniej więcej trwa rejs) po drinkach nie ma śladu i weseli pasażerowie wsiadają na swoje rowery i jadą dalej… Taaa…My jednak woleliśmy robić zdjęcia zamiast raczyć się trunkami.

Widok z promuPo tej stronie rzeki trasa jest przyjemniejsza, prowadzi z dala od ruchliwych ulic, jednak zaczyna się od sporego podjazdu.

Taka górka może człowieka porządnie zmęczyć.Kiedy dojeżdżamy do Nideranny widzimy w górze most, którym mieliśmy przejechać ponownie na drugi brzeg. Jednak z tego miejsca wydaje się on tak wysoko… A przed chwilą mieliśmy taki przyjemny długi zjazd… Chyba przegapiliśmy skręt na most. Nie chce nam się z powrotem podjeżdżać pod górkę i postanawiamy jechać dalej przed siebie i pod koniec dnia przeprawić się promem, ponieważ nasz dzisiejszy kemping znajduje sie na drugim brzegu rzeki.

Przyjemną trasą dojeżdżamy do Schlögener Schlinge, czyli słynnego przełomu Dunaju, gdzie rzeka wije się pomiędzy górami i skręca nawet o 180 stopni. Widoki są naprawdę bardzo ładne. Najpiękniejsze roztaczają się jednak z punktów widokowych położonych na wzgórzach. Tam jednak nie chce nam się dzisiaj wdrapywać. Droga przypomina mi nieco nasz przełom Dunajca w Pieninach, tylko że na większa skalę.

W miejscowości Au są aż trzy przeprawy promowe. Żeby sie nie pogubić postawiono tablicę ze schematem oraz cennikiem tras.Kolejna przeprawa promem.W miejscowości o ciekawej nazwie Au przeprawiamy się wspomianym już wcześniej promem na przeciwległy brzeg i dalej jedziemy aż do naszego kempingu. Droga w dalszym ciągu jest bardzo przyjemna, wije się wzdłuż Dunaju raz w prawo raz w lewo, co jakiś czas odbijamy nieco od brzegu i jedziemy wzdłuż pól kukurydzy.

Do kempingu docieramy bez problemu. Okazuje się być pięknie położony (co nie było dla nas wielkim zaskoczeniem, ponieważ już wcześniej sprawdziliśmy ten obiekt w Internecie i właśnie dlatego zaplanowaliśmy tutaj nocleg). Kemping to tak naprawdę spory ogród należący do pensjonatu, położonego nad samą rzeką. Piękna soczystozielona trawka, dookoła góry. Czego chcieć więcej… Rozbijamy namiot i resztę dnia spędzamy na tarasie pensjonatu popijając piwo i zjadając pyszną kolację, składającą się z samych pysznych lokalnych specjałów.

Najładniej położony kemping, na którym przyszło nam nocować. Nie bez podowu reklamuje sie jako najpiękniej położony kemping nad Dunajem. Widok z tarasu pensjonatu.Poniedziałek, 18 sierpnia

Poprzedniego dnia poszliśmy spać bardzo wcześnie, bo chyba jeszcze przed zmrokiem, co jednak spowodowało, że już o godzinie 4 obudziłam się zupełnie wyspana. Tylko co tu robić kiedy jeszcze ciemno? Nic tylko leżeć i czekać aż wstanie słonko.

Znowu solidnie przemarzłam. Już wiem, że na takie wyprawy mam za cienki śpiwór. Getry + spodnie, dwa polary i czapka nie dają wystarczającego ciepła.

Wczesnym rankiem zjadamy śniadanie, czekamy aż słońce osuszy nam namiot, pakujemy się i jedziemy dalej przed siebie. Celem na dziś jest Linz, gdzie mamy zamiar przenocować w schronisku młodzieżowym i zrobić sobie jeden dzień odpoczynku.

Dziś również trasa jest bardzo przyjemna. Pogoda także dopisuje, więc jazda jest czystą przyjemnością. Niestety nie zawsze droga rowerowa jest zabezpieczona jakimiś barierkami, co przy pieknych widokach dookoła jest zdradliwe. Kilka razy w ostatniej chwili odbijałam kierownicą, żeby nie zjechać do rzeki.

Takie barierki ratują zapatrzonego w okoliczne widoki rowerzystęWidoki z okolicy ObermühlZamek w UntermühlKończymy dzisiaj przełom Dunaju, góry robią się coraz niższe, aż w końcu w miejscowości Aschach an der Donau zostawiamy je za sobą i teren nagle robi się płaski.

Widok na Dunaj z mostu w Aschach W Aschach robimy postój na ławce nad rzeką na drugie śniadanie. Tutaj zmieniamy również brzeg rzeki, ponieważ trasa po drugiej stronie wydaje nam się ciekawsza. Przejeżdżamy przez most i kontynuujemy jazdę tym razem odbijając nieco od rzeki i przejeżdżając przez urocze pola kukurydzy.

Czasami zamiast jechać wzdłuż rzeki szlak prowadzi przez pola. Tutaj akurat kukurydzy. W tle widać miasteczko Feldkirchen, do którego jedziemy.Szlak prowadzi nas do małego miasteczka Feldkirchen, gdzie robimy kolejny postój, tym razem w knajpce, na uzupełnienie płynów, ponieważ zrobiło się naprawdę gorąco. Nie musze chyba pisać, że w knajpce wszyscy klienci to rowerzyści.

FeldkirchenJedziemy dalej przez pola, ale szlak teraz ponownie odbija w kierunku rzeki. Po spotkaniu się z Dunajem wjeżdżamy na wał i jedziemy wzdłuż rzeki w prażącym słońcu w kierunku Linzu.

Tym razem trasa prowadzi wałem przeciwpowodziowymPo ok. 10km jazdy wałem szlak skręca do miejscowości Ottensheim, co nas bardzo cieszy, ponieważ to daje nadzieję na trochę cienia. Miasteczko jest bardzo ładne, jednak żeby dostać się na rynek trzeba podjechać pod sporą górkę, która mnie pokonała. Pchać rower pod nią również nie jest łatwo.

Kolejne miesteczko na trasie - OttensheimW knajpce na rynku zjadamy obiad i po chwili odpoczynku ruszamy na ostatni dzisiejszy odcinek trasy. Niestety okazuje się on bardzo męczący i nudny. Szlak prowadzi ścieżką rowerową wzdłuż bardzo ruchliwej drogi. Jest głośno, nie ma kawałka cienia, widoków jakiś specjalnych również brak. I tak przez kolejnych 10km.

W Linzu kierujemy się od razu do naszego schroniska. Na planie miasta wydaje się być bardzo blisko centrum, jednak nasz plan nie ma poziomic i nie pokazywał, że schronisko znajduje się na najwyższej górce w okolicy. Dlatego też dotarcie do schroniska zajęło nam (a szczególnie mi) sporo czasu. Wpychanie roweru 1,5 km pod stroną górę z 13kg obciążeniem jest sporym wyzwaniem. Jednak było warto, ponieważ mimo że wybraliśmy na nocleg schronisko młodzieżowe warunki są wręcz hotelowe – ładnie, czysto, schludnie i do tego jeszcze garaż na rowery.

W pokoju zrzucamy bagaże i na lekko zjeżdżamy do centrum, żeby zobaczyć miasto. Gdy zjadamy pyszne lody na rynku łapie nas burza. Przeczekujemy ją gdzieś pod dachem i wracamy na nocleg.

Katedra w LinzuRynek w LinzuSchronisko jak już wcześniej wspomniałam było na górce, więc z okna mieliśmy ładny widok na miasto, a szczególnie ładne widoki były, kiedy późnym wieczorem przeszła nad miastem kolejna, tym razem potężna burza.

cdn.