[18-26.07.2012] Innsbruck

Wyjazd zorganizowany dość spontanicznie. Jeszcze 2 tygodnie wcześniej nie byliśmy zdecydowani gdzie jechać. W końcu padło na Innsbruck. Pozostało tylko sprawdzić:
a) czy są jeszcze dostępne tanie kuszety Warszawa-Wiedeń ? są,
b) czy są jeszcze jakieś promocyjne bilety Wiedeń-Innsbruck ? są,
c) czy jest jeszcze jakiś przystępny nocleg w wybranym przez nas terminie ? jest.
No to nic tylko jechać.

Środa, 18 lipca

20:57 Dworzec Centralny. Zaczynamy naszą podróż. Pociąg nadjeżdża planowo, wsiadamy, ścielimy łóżka i idziemy spać.

Czwartek, 19 lipca

6:00 wysiadamy w Wiedniu. Do następnego pociągu mamy jeszcze 2 godziny czasu. Szukamy miejsca na dworcu, gdzie można by siąść i zjeść śniadanie. Niestety o tej porze otwarty jest jedynie McDonald?s. Ale kawę i herbatę mają całkiem całkiem.
No tak, mamy 2 godziny wolnego a wokół tyle tramwajów i autobusów. Adam nie byłby sobą gdyby przepuścił taką okazję do zdjęć. Tak więc zostaję sama z bagażami, ale i wciągającą książką.


Po godz. 8 wsiadamy do kolejnego pociągu. Podobno były ładne widoki i jechaliśmy aż 200km/h, ale niestety nic nie pamiętam, bo całą drogę przespałam. Wysiadamy w Innsbrucku, meldujemy się w pensjonacie, podziwiamy widoki z okna i w drogę, bo szkoda czasu na odpoczynek.


Jeszcze tego dnia udało nam się zwiedzić część starego miasta,

skocznię narciarską Bergisel, pośrednią stację kolejki na Hafelekar, gdzie w czasie deszczu mogliśmy podziwiać tęczę nad Innsbruckiem


oraz Igls ? alpejską wioskę pod (a raczej nad) Innsbruckiem.

Piątek, 20 lipca

Pogoda nie zachwyca, więc zostajemy na miejscu. Rano w drodze do centrum zwiedzamy Hoetting ? dzielnicę Innsbrucka z ciekawą starą zabudową. Dominują bardzo wąskie uliczki. Ale autobusy dają radę.


Spacerujemy ponownie po Innsbrucku


i jako że nie pada udajemy się do Alpenzoo (najwyżej położonego zoo w Europie). Podziwiamy alpejskie kozice, wilki, rysia, niedźwiedzie, owieczki, kozy i wiele innych nie zawsze alpejskich zwierząt.

Sobota, 21 lipca

Po przebudzeniu stwierdzamy, że widoków nadal brak, więc dziś znów rundka po starym mieście.


Zaliczamy muzeum alpejskich kolejek (głównie wąskotorowych)


i przejazd zabytkowym tramwajem po mieście, a późnym popołudniem zwiedzamy zamek Ambras z XVI w.

Niedziela, 22 lipca

Widoków nadal zero, więc w góry nie ma co wyruszać. W takim razie jedziemy do Garmisch-Partenkirchen ? urokliwego miasteczka na południu Bawarii u podnóża Alp. Jedziemy niemieckim pociągiem ICE, który wygląda całkiem jak TGV.


Do Ga-Pa warto pojechać z Innsbrucka chociażby dla samej trasy. Widoki za oknem piękne, pociąg pnie się urwistymi stokami, tunelami, wiaduktami, a następnie jedzie alpejskimi dolinami.


W Garmisch w jakieś 10 minut po wyjściu z pociągu trafiamy przypadkiem na sanatorium. Tak pewnie wyglądała Szczawnica lub Ciechocinek w czasach swojej świetności. W parku odbywał się koncert bawarskiej orkiestry grającej walce i marsze a para emerytów dawała pokaz tańca. Całkiem przyjemny klimat.


Ga-Pa składa się tak naprawdę z dwóch miejscowości: starszej Partenkirchen (kiedyś rzymskie miasteczko Partanum)


i młodszej Garmisch (germańskiej).


Zwiedzamy obie. W międzyczasie wcinamy również obiad i wracamy do Innsbrucka. Zugspitze ? najwyższego szczytu Niemiec niestety nie zobaczyliśmy. Chmury nie dały za wygraną.

Poniedziałek, 23 lipca

Adam po porannej przechadzce przyniósł dobre wieści, a mianowicie jest pogoda! Cel na dzisiaj to Hefelekarspitze. Jako, że nasz wyjazd traktowaliśmy bardzo rekreacyjnie i wypoczynkowo na przełęcz postanowiliśmy się dostać kolejką. Do wagonika nie było w ogóle kolejki (nie to co nasz Kasprowy, gdzie zdecydowanie szybciej dostać się na górę pieszo niż kolejką). Niestety będąc już w gondolce widoczność zaczęła się psuć.


Dojechaliśmy do stacji pośredniej Seegrube, nadeszły gęste chmury i nie było widać nic. Jako, że na przełęcz nie było co na razie jechać postanowiliśmy się przejść krótkim szlakiem Panoramaweg mając nadzieję, że chmury zaraz przejdą. Jak sama nazwa szlaku mówi, widoki miały być piękne, ale zdjęcie mówi samo za siebie.


Po powrocie na stację pośrednią kolejki postanowiliśmy obstawiać leżaki dopóki chmury nie przejdą. W międzyczasie zdążyliśmy już się zrobić głodni, więc wsunęliśmy co nieco w bufecie. Ja oczywiście zestaw obowiązkowy czyli Gulaschsuppe i Almdudler. Wytrwałość się opłaciła, chmury zaczęły się przecierać, tak więc załadowaliśmy się do następnej kolejki i pojechaliśmy w górę.


Stamtąd jeszcze 20 minut na szczyt pieszo i jesteśmy u celu. Widoki piękne. No i owce pasące się na wysokości 2400 m n.p.m. też robią niezłe wrażenie.


W drodze powrotnej poszliśmy zobaczyć jeszcze jak wygląda austriacki Klettersteig.


Przy okazji natknęliśmy się na jakieś tajemnicze schronisko.

Wtorek, 24 lipca

Znów piękna pogoda, tak więc bez wahania ruszamy na kolejny szczyt. Tym razem Patcherkofel. Oczywiście kolejką. Z górnej stacji kolejki wędrujemy jeszcze godzinkę na szczyt. Po drodze mijamy liczne alpejskie krowy.


Na górze robimy kilka zdjęć,


podziwiamy widoki i zjadamy obiadek – myślę, że nie muszę pisać z czego składał się mój zestaw.


Spacerujemy z powrotem do kolejki i zjeżdżamy w dół, żeby rozpocząć plan nr 2 na dzień dzisiejszy – jazda Stubaitalbahn (czyli ?tramwajem po alpejskich łąkach? cz. 1). Tak więc jedziemy z powrotem do Innsbrucka i wsiadamy do STB jadącego do Fulpmes. Jak na jazdę tramwajem to jest ona bardzo interesująca. Tunel, wiadukt, alpejska dolina, wysokie góry? Ładnie. Na stacji końcowej Adam poczynia kilka (a nawet więcej) zdjęć tramwajom. Całe jego szczęście, że znalazł dla mnie zacienioną ławeczkę.

Środa, 25 lipca

Dziś jedziemy do wspomnianego już wcześniej Igls (czyli ?tramwajem po alpejskich łąkach? cz. 2). Jedziemy najpierw stromo lasem serpentynami, potem tunelem i łąkami a dookoła nas piękne alpejskie widoki. Wracamy spacerem przez wioskę, łąkę, las aż do Innsbrucka zaliczając po drodze ścieżkę zdrowia z prawdziwego zdarzenia.


Po drodze Adam foci tramwaje, ale przyznam, że tym razem nawet i ja bym zdjęcie zrobiła. Jednak jako że mamy tylko jeden aparat a na tramwaj trochę trzeba było poczekać to wzięłam się za robienie wianka.

Czwartek, 26 lipca

No i na każdym wyjeździe przychodzi taki moment kiedy trzeba wracać. Spakowaliśmy walizki, ale wracać jeszcze nie mamy zamiaru. Bagaże zostawiliśmy w szafce na dworcu i w drogę. Wsiadamy do opisywanego już wcześniej Stubaitalbahn i jedziemy do Reith, gdzie Adam poluje na tramwaj na wiadukcie. Ja za to czytam sobie gazetkę siedząc na ławce w bardzo przyjemnym miejscu.
Zdjęcia poczynione, tak więc wsiadamy z powrotem do tramwaju i jedziemy na obiad do znakomitej (wcześniej już kilka razy odwiedzonej) pizzerii a następnie udajemy się na dworzec. Wsiadamy do pociągu i wracamy do Polski, oglądając zza szyby ostatnie widoki gór.