[15-29.08.2014] Donauradweg, czyli 700km na rowerze z Niemiec na Słowację cz. 5 i ostatnia

Niedziela, 24 sierpnia

Dziś mamy zamiar dotrzeć do Wiednia. Początkowo to tutaj właśnie chcieliśmy skończyć naszą wyprawę, jednak podczas planowania okazało się, że to zbyt mały dystans jak na 2 tygodnie, przy i tak już mocno rozwleczonym „programie”.

Do Wiednia już blisko, zaledwie 37 km. Pogoda jest dzisiaj zdecydowanie lepsza. Świeci słońce, ale zimny wiatr zmusza do ubrania bluzy z długim rękawem. Korzystając z tego, że nie pada (a z doświadczenia już wiemy, że może się to szybko zmienić) kręcimy się po Tulln i oglądamy to, czego nie udało nam się obejrzeć wczoraj z powodu ulewy.

Tulln an der DonauTulln an der DonauNastępnie kierujemy się w stronę Dunaju i jego lewym brzegiem jedziemy w stronę Wiednia. Trasa podobna do tej z dnia poprzedniego – dosyć nudna krajobrazowo. Po ok. 25 km dojeżdżamy do miejscowości Klosterneuburg, gdzie robimy pierwszą przerwę. Jest to ładne, położone zaledwie 4 km od Wiednia miasteczko ze średniowiecznym opactwem, którego zwiedzanie jednak sobie odpuszczamy. Robimy krótką przerwę i jedziemy dalej.

KlosterneuburgPo niedługiej chwili mijamy granicę Wiednia. Miejsce nie jest może spektakularne, ale zdjęcie trzeba było zrobić.

Dojechaliśmy do Wiednia!Ponieważ we Wiedniu zamierzamy trochę odpocząć od roweru i spędzić tu 3 dni przeznaczając ten czas na zwiedzanie, postanowiliśmy zrezygnować z namiotu na rzecz noclegu pod dachem. Dzięki temu możemy bezpiecznie zostawić bagaże i rowery i udać się na miasto. Wybraliśmy akademik, który w wakacje staje się hostelem. Warunki, jak to zwykle w Austrii bywa, bardzo dobre, a obsługa hostelu w całości z Polski.

W hostelu zrzucamy bagaż, chwilę odpoczywamy, a popołudnie i wieczór spędzamy kręcąc się na rowerach po mieście.

Wiedeń nocąPoniedziałek, 25 sierpnia

Na dziś plany są jasne. Zamierzamy odwiedzić dwa miejsca – Muzeum Historii Naturalnej oraz Bibliotekę Narodową.

Punktem pierwszym staje się muzeum, gdzie spędzamy dobrych kilka godzin. Warto się tu wybrać choćby ze względu na sam budynek, w którym mieści się muzeum.

Naturhistorisches Museum WienNaturhistorisches Museum WienNaturhistorisches Museum WienMuzeum posiada naprawdę ogromne zbiory. Można obejrzeć m.in. ciekawą wystawę w sali dinozaurów, gdzie oprócz szkieletów i szczątków tych gigantycznych zwierząt możemy podziwiać alozaura, który wygląda jak żywy – rusza się i przeraźliwie ryczy. W sali minerałów możemy zobaczyć komplet biżuterii Marii Teresy, a także wielki kawał soli z kopalni w Wieliczce (miejsce pochodzenia, które wskazywała tabliczka – Galizien!). W jednej z sal można również podziwiać zbiór największych i najstarszych meteorytów świata. Oprócz tego, oglądamy wiele gatunków zwierząt od owadów, przez egzotyczne gady i płazy po kozice górskie, niedźwiedzie, słonie i wieloryby.

Wystawa minerałówDrugim punktem dnia była Biblioteka Narodowa, a dokładniej Prunksaal. Siedzibą Austriackiej Biblioteki Narodowej jest cesarski pałac Hofburg. Barokowa Prunksaal zaliczana jest do jednych z najpiękniejszych bibliotek historycznych na świecie. Sala naprawdę robi spore wrażenie. Aż by się chciało wyciągnąć losowo jedną z książek na półce i obejrzeć.

PrunksaalWtorek, 26 sierpnia

Kolejny dzień we Wiedniu spędzamy już na rowerach. Jedziemy m.in. przez Prater – ogromny miejski park, w którym znajduje się słynny park rozrywki; Donauinsel – długą, wąską wyspę na Dunaju liczącą ponad 21km długości; oraz Grinzing – jedną z nieformalnych, klimatycznych dzielnic Wiednia, położoną na stokach Lasku Wiedeńskiego, słynącą z licznych winiarni.

GrinzingWiedeńŚroda, 27 sierpnia

Nastał dzień wyjazdu z Wiednia. Robimy jeszcze szybką przejażdżkę przez miasto, a następnie kierujemy się do fabryki Mannera, gdzie zaopatrujemy się w różne smakołyki. Niestety nie możemy ich wziąć za wiele, ponieważ w sakwach nie ma za dużo wolnego miejsca. Tak naprawdę nie ma go wcale, ale na dobre słodycze zawsze coś się znajdzie.

Ratusz w WiedniuBrama HofburguNastępnie kierujemy się na most, którym przeprawiamy się tym razem nie na drugą stronę rzeki, ale na wyspę Donauinsel. Niestety z mostu widzimy z daleka zbliżające się ciemne chmury. Postanawiamy przeczekać, ponieważ tutaj na moście mamy dach nad głową. Czekamy i czekamy, a deszcz nie nadchodzi, więc jedziemy dalej.

DunajPrzez następne 6 km szlak prowadzi wyspą. Klimaty są tu dosyć dziwne. Generalnie wyspa to tereny rekreacyjne. Znajdują się tu liczne bary, restauracje, kluby nocne. Jest to dobre miejsce do jazdy na rowerach czy rolkach. Znajdują się tutaj również plaże dla nudystów. Z powodu niezbyt przyjemnej pogody, ludzi jest tu jednak jak na lekarstwo, knajpy są pozamykane (może ze względu na wczesną porę) a przy jednym z palenisk na grilla mijamy grupkę młodzieży, opiekającą w całości jakieś duże zwierze, wielkości dorodnego prosiaka. Próbowali się zasłaniać wielką płachtą (bądź może raczej osłaniać ogień) co przy silnym wietrze szło im opornie. Zwiększyliśmy tempo i szybko uciekliśmy z tego miejsca. Chmury, które obserwowaliśmy na moście jednak nas dogoniły i ponieważ lunęło musieliśmy na szybko szukać schronienia, którym okazał się być ogródek jednej z restauracji.

DonauinselPo zjeździe z wyspy wjechaliśmy w tereny przemysłowe, a nasza trasa rowerowa po raz pierwszy drastycznie zmieniła swój standard. Nagle stała się wąską, szutrową ścieżką. Do tej pory, licząc od samego Passau, Donauradweg była w 100% asfaltowa.

Jeden z niewielu szutrowych odcinków naszej trasyPrzez następne 17 km jedziemy dość mało ciekawą drogą, praktycznie bez żadnych widoków. Wieje bardzo mocno. Całe szczęście my jedziemy z wiatrem, ale rowerzyści jadący z naprzeciwka mają nietęgie miny.

Jak zwykle gonią nas ciemne chmury.Dojeżdżamy do miejsca, gdzie mamy dwie możliwości. Jechać dalej prosto tak jak prowadzi Donauradweg lub skręcić w prawo nad rzekę, gdzie nasza mapa pokazuje przeprawę promową. Mapa sugeruje trasę alternatywną właśnie przez tę przeprawę i dalej polami do Petronell-Carnuntum, gdzie zamierzamy dzisiaj nocować. Tzn. ja zamierzam, bo Adamowi cały czas chodzi po głowie myśl, żeby dojechać jeszcze dzisiaj do Bratysławy. Mnie jednak Brytysława kojarzy się jednoznacznie z końcem urlopu i chcąc przedłużyć naszą wyprawę postanawiam(y) spędzić jeszcze jedną noc na jeszcze jednym kempingu po drodze. Słabością pierwszego rozwiązania (jazdy dalej na wprost Donauradweg) jest to, że następna przeprawa przez rzekę to most, który znajduje się już za Petronell-Carnuntum, więc trzeba by nadłożyć 10 km. Postanawiamy skręcić w prawo na przeprawę.

Niestety najpierw zajęło nam sporo czasu ustalenie miejsca, gdzie ta przeprawa się znajduje. A jak już to miejsce ustaliliśmy to żadnego promu tu nie znaleźliśmy, jedynie mały stateczek, który pełnił funkcję kawiarni, oczywiście zamknięty na cztery spusty. Kręciliśmy się w tym miejscu przez około pół godziny, zastanawiając się co dalej zrobić. Gdy już mieliśmy zamiar wracać, nagle podjechał samochodem pewien mężczyzna, podszedł do nas i zapytał czy chcemy przepłynąć na druga stronę. Okazało się, że przez wcześniej już wspomniany statek-kawiarnię można się przedostać do motorówki, którą ten mężczyzna przewiózł nas na drugi brzeg. Prom kosztował 3,5 euro za osobę (wszystkie poprzednie ok. 1-1,5 euro), co przy 2 osobach daje już całkiem sporą sumkę za minutę przyjemności. Poza tym biała motorówka ze skórzanymi siedzeniami nie miała nic wspólnego z poprzednimi klimatycznymi promami. No cóż, to chyba oznaka, że zbliżamy się do wschodniej granicy.

Po drugiej stronie czeka nas spory podjazd do miasteczka Haslau an der Donau. Kiedy udaje nam się już zdobyć wysokość rozpoczyna się ciężka orka. Trasa prowadzi teraz przez pola, szutrowymi drogami, na dodatek nie najkrótszą trasą tylko zygzakami. Gubiąc orientację na tych bezkresnych polach mamy wrażenie, że kręcimy się w kółko. Zaczynam żałować, że nie zostaliśmy po tamtej stronie rzeki i nie pojechaliśmy prosto do Bratysławy. Nadal wieje bardzo silnie, a teraz w większości jedziemy niestety pod wiatr. Jest bardzo ciężko, a ja jadę już resztkami sił.

Jedziemy przez pola urozmaicone elektrowniami wiatrowymiKapliczka przy szlakuJedziemy resztkami sił, a czarne chmury cały czas za nami.Pertronell-Carnuntum to miasteczko, które kiedyś było rzymskim obozem wojskowym oraz stolicą rzymskiej prowincji Panonia. Pierwotnie była to osada celtów, od której rzymianie przejęli nazwę. Do dzisiaj można podziwiać w parku archeologicznym pozostałości zabudowań rzymskiego miasta. Austriaccy badacze odkryli do dziś 3/4 dawnego kompleksu, dzięki wykopaliskom archeologicznym, które rozpoczęły się tu pod koniec XIX wieku.

Po drodze do Pertronell-Carnuntum mijamy pierwszy zabytek – Heidentor, czyli pozostałości dawnej bramy.

Heidentor - jeden z zabytków Petronell-CarnuntumDzięki pomysłowym wizualizacjom przy odpowiednim ustawieniu się, można zobaczyć jak kiedyś budowla wyglądała w całości.

Heidentor oraz rysunek na szybie, któy przybliża wygląd bramy sprzed wieków.Wycieńczeni dojeżdżamy do dzisiejszego celu. Miały tu się znajdować wg naszej mapy oraz Googla aż 3 kempingi. Jednak już na wjeździe widzimy, że miasteczko jest bardzo małe i dziwne by było gdyby było tu aż takie zaplecze noclegowe. Ktoś tu kłamie… Faktycznie, okazuje się, że kemping jest tylko jeden i na dodatek nie powala. Jest to tak naprawdę nie za duży ogród należący do pobliskiej hali sportowej. Na dodatek zaledwie 50m dzieli kemping od trasy szybkiego ruchu puszczonej estakadą nad nami. Na kempingu znajduje się jeden camper oraz jeden samochód z przyczepą i to by było na tyle. Zaplecze sanitarne znajduje się na hali sportowej. Nie wygląda to wszystko zachwycająco, jednak już teraz wyboru nie mamy. Ponieważ na terenie kempingu nie ma restauracji, najpierw postanawiamy pojechać gdzieś zjeść, a następnie wrócić na kemping. Po drodze podjeżdżamy jeszcze pod park archeologiczny. Niestety o tej porze jest już zamknięty, więc odrestaurowane zabudowania możemy pooglądać tylko zza płotu.

Okazuje się, że na kempingu zameldować się też nie jest łatwo. Koniec końców udaje nam się dodzwonić do właściciela hali, który informuje nas, że mamy się rozbić gdzie bądź i wieczorem podejść do hali, żeby się zameldować i zapłacić. Tak też robimy.

Wieczorem niepokoją mnie odgłosy jakiejś nieznanej zwierzyny. Camping nie jest zamykany, płot jest dziurawy, my jesteśmy jedynym namiotem na kempingu. Dookoła tylko pola.

Czwartek, 28 sierpnia

Rano budzą nas zdecydowanie odmienne odgłosy, w stylu „Mietek, k…a podaj tę łopatę” lub „Stefan, ale Ty k…a nie pij”. Tak tak, w naszej ojczystej mowie. W niewielkiej odległości od kempingu trwa remont elewacji dość wysokiego budynku, a polscy robotnicy znajdujący się na wysokim rusztowaniu są dość dobrze słyszalni w okolicy.

To już nasz ostatni dzień właściwej wyprawy… Zdecydowanie za szybko to minęło. No i na dodatek dopiero dzisiaj nastał pierwszy dzień prawdziwej letniej pogody.

Z Pertronell-Carnuntum ruszamy najpierw w kierunku przeciwnym niż nasz dzisiejszy cel, a to dlatego, żeby zobaczyć amfiteatr – jedno ze starożytnych zabudowań znajdujących się z pobliżu miasteczka.

AmfiteatrNastępnie wracamy do Pertronell-Carnuntum i jedziemy dalej przez Bad Deutsch-Altenburg (tutaj wracamy do naszej trasy rowerowej Eurovelo6, którą wczoraj opuściliśmy) do Hainburga, gdzie robimy pierwszy postój. W porównaniu do Pertronell-Carnuntum, Hainburg jest naprawdę ładny.

Hainburg an der DonauHainbug an der DonauZ Hainburga trasa wyprowadza nas na pola, skąd roztaczają się już widoki na Bratysławę. Łezka się w oku kręci na widok, że do celu poostało już tak niewiele. Po 13 dniach od wyruszenia z Passau zobaczyliśmy nasz cel wyprawy, ale żal było tę wyprawę kończyć. Gdybyśmy mieli więcej urlopu pewnie pojechalibyśmy dalej wzdłuż Dunaju aż do Budapesztu.

Jedziemy malowniczymi polami, teren jest dość urozmaicony to i widoki ładne. Od momentu opuszczenia Hainburga mamy zaledwie 9 km do granicy ze Słowacją.

Z oddali widać już Bratysławę.Po przekroczeniu granicy i wjeździe na Słowację warunki dla rowerzystów zmieniają się diametralnie. W Bratysławie nikt już nie myśli o rowerzystach, a trasa rowerowa nagle znika. Szlaki chyba nadal gdzieś prowadzą w kierunku Budapesztu, jednak my musimy dostać się do centrum Nasza mapa jest wydawnictwa niemieckiego i pokazuje trasę tylko do granicy ze Słowacją. Dalej człowieku radź sobie sam. Nie ma tu już ścieżek rowerowych, trzeba jechać ruchliwymi ulicami, a tego bardzo nie lubię.

Na granicy austriacko-słowackiej

Dzięki Adamowi udaje mi się jednak bez większych problemów przejechać przez miasto i dotrzeć na zamek. Można powiedzieć, że to tutaj tak naprawdę kończy się nasza wyprawa. Dojechaliśmy do celu!

Zamek w BratysławieSpod zamku kierujemy się na stare miasto, gdzie zjadamy obiad i ruszamy na kemping. W całej Bratysławie jest tylko jeden kemping i to na obrzeżach miasta, ze starówki w linii prostej to ok. 10 km, ale my staramy się nie jechać najkrótszą trasą, a najbezpieczniejszą dla nas jako rowerzystów. O ile stare miasto jest bardzo ładne to reszta Bratysławy nie zachwyca, a raczej nawet można nawet powiedzieć, że jest brzydka. Komunistyczne zabudowania, szerokie dziurawe ulice, nierówne chodniki i ogólny brud. Miałam wrażenie jak by się tam czas zatrzymał. Przez całą dotychczasową wyprawę z powodu wybojów sakwa spadła mi raz, jeden jedyny raz, i to dlatego, że jechałam za szybko. Tutaj na trasie ze starego miasta na kemping z powodu licznych dziur czy dramatycznie wysokich krawężników sakwy spadały mi co chwilę. Dramat.

Kemping Zlaté Piesky to bardzo duży kompleks położony nad jeziorem o tej samej nazwie. Pomimo dużego potencjału, widać, że lata świetności tego kempingu już dawno minęły. Są tu domki letniskowe, miejsca na campery i namioty, a wszystko to położone na zielonych terenach, nad jeziorem z plażą. Kiedyś była tu również dyskoteka i bary. Dziś wygląda tu tak, jakby 50 lat temu teren ten został nagle opuszczony i tak stał po dziś dzień. Sanitariaty całe szczęście były czynne w przeciwieństwie do całej reszty, ale wyglądały obskurnie.

Sanitariaty na kempingu w BratysławieBufetUmywalnieDyskotekaA wszystko to w całkiem przyjemnym otoczeniu.

Kemping położony jest nad całkiem ładnym jeziorem.Tereny kempinguGdyby ten kemping odnowić, dałoby się z tego zrobić całkiem ładny kompleks, jednak w takim stanie zdecydowanie odstrasza.

Nam po przedzieraniu się przez całe miasto, żeby się tu dostać nie chciało się już wracać i szukać jakiegoś hostelu. Postanowiliśmy zaryzykować i zostać. Na wejściu przywitała nas taka oto tablica.

Tablica ostrzegawcza przy bramie wjazdowejCzyli to co było nie tylko dozwolone, ale i oczywiste na polach namiotowych w Niemczech czy Austrii, tutaj było surowo zabronione, np. w Austrii na kempingach wszyscy zostawiali rowery przed namiotem, bardzo często nawet ich nie spinając, tylko zostawiając gdzieś podparte o płot. Tutaj dla odmiany pani w recepcji zmusiła nas do zostawienia rowerów w specjalnie strzeżonym pomieszczeniu, ponieważ jak sama stwierdziła, kradzieże zdarzają się tu często. Super… Na terenie kempingu mieścił się również posterunek policji…

Na tym wielkim kempingu oprócz naszego namiotu były jeszcze ze dwa inne, jeden camper, dwie przyczepy i to by było na tyle. Czyżby inni przeczytali opinie o tym kempingu i w porę podęli decyzje o nocowaniu gdzie indziej…? My byliśmy tak pozytywnie zaskoczeni dotychczasowymi kempingami, że o tym nie pomyśleliśmy.

Nieswojo się czułam na tym polu, ponadto ta tablica przy wejściu i pani w recepcji tak mnie zestresowały, że przez całą noc zamiast spać nasłuchiwałam, czy kradną nam już bagaże z przedsionka czy jeszcze nie…

Piątek, 29 sierpnia

Pobudka była wcześnie rano, ponieważ już ok. 10 mieliśmy pociąg do Katowic, a trzeba było się spakować, zwinąć namiot i znowu przejechać przez to okropne dla rowerzystów miasto.

Całe szczęście bagaże stały tam gdzie stały. Rowery również udało się odebrać w całości. Pani w recepcji przy wymeldowaniu poinformowała nas, że bardzo dobrze zrobiliśmy, że zostawiliśmy rowery w schowku, bo ktoś dzisiaj nie oddał na noc i już roweru nie ma. Trudno stwierdzić, czy pani mówiła prawdę, czy tylko próbowała nas przekonać, że miała rację z tym przechowywaniem rowerów. Tak czy inaczej, dobrze że w całości, ze wszystkimi naszymi bagażami i rowerami udało nam się ten mały koszmar opuścić.

Ruszyliśmy na dworzec i po ok. pół godziny jesteśmy już na peronie i czekamy na pociąg.

Tutaj ostatecznie kończy się nasza wyprawa, zatrzymujemy się jeszcze na weekend w Katowicach, gdzie bawimy się na weselu znajomych i wracamy do Warszawy.

Łącznie od momentu opuszczenia mieszkania do powrotu do Warszawy przejechaliśmy prawie 700 km. Sama Donauradweg liczyła 360 km. Spaliśmy na 8 kempingach, w 1 hostelu i 2 schroniskach młodzieżowych, nie licząc Bratysławy wszędzie warunki były bardzo dobre. Zwiedziliśmy niezliczoną liczbę miast i miasteczek. Podziwialiśmy przepiękne i bardzo różnorodne krajobrazy. Na trasie i kempingach spotykaliśmy międzynarodowe towarzystwo od Niemców i Austriaków przez Włochów i Hiszpanów aż po Amerykanów z zachodnich stanów i wszyscy przyjechali tu po to, żeby przejechać właśnie przez Donauradweg. Pomimo, wydawałoby się dość stabilnego sierpnia, pogodę mieliśmy bardzo zmienną i niestety więcej dni było pochmurnych i deszczowych niż tych ze słońcem i temperaturą pozwalającą zostać w samej koszulce z krótkim rękawem.

To było niesamowitych 15 dni, a za razem jeden z najlepszych wyjazdów w moim życiu. W głównej mierze właśnie przez to, że był inny niż wszystkie.

Wróciliśmy wypoczęci, pełni sił i z nowymi pomysłami na kolejne takie wyjazdy.

[15-29.08.2014] Donauradweg, czyli 700km na rowerze z Niemiec na Słowację cz. 4

Czwartek, 21 sierpnia

Po nocy spędzonej w cieplutkim pokoju, wyspani schodzimy na śniadanie. Pogoda za oknem nie napawa optymizmem. Po wyjściu na balkon stwierdzamy, że noc musiała być bardzo zimna. Całe szczęście, że zdecydowaliśmy się na pensjonat.

Poranny widok z okna pensjonatuJak się wieczorem okazało w cenę noclegu wchodzi również śniadanie, i to takie całkiem „wypasione”. Nie udało nam się przejeść wszystkiego, ale gospodyni zobligowała nas do zabrania wszystkiego, czego nie dojedliśmy ze sobą „no, bo przecież zapłacone, więc wszystko jest Wasze”. Tak więc po śniadaniu zostało nam jeszcze sporo prowiantu na dzisiejszą drogę.

Całe szczęście po powrocie do pokoju widok za oknem się nieco poprawił. Widać, że mgła opada, a chmury próbują się rozstąpić. No i co najważniejsze – temperatura się podnosi.

Nasz pensjonatPonieważ wczoraj z powodu złej pogody nie mieliśmy okazji zwiedzić Grein, postanawiamy to zrobić jeszcze dzisiaj przed wyruszeniem w dalszą drogę. Najpierw zatrzymujemy się na wzgórzu zwanym kalwaria, gdzie znajduje się kapliczka i skąd roztacza się ładny widok na miasteczko, Dunaj i okoliczne góry.

Widok na GreinNastępnie zjeżdżamy na dół na ryneczek, gdzie również pstrykamy kilka zdjęć i jedziemy w stronę przeprawy promowej, ponieważ dzisiejsza trasa będzie prowadzić prawym brzegiem rzeki.

Ryneczek w GreinW oczekiwaniu na prom (do którego ustawiła się całkiem spora kolejka) obserwujemy niebo z lekkim niepokojem. Znowu jakieś ciemne chmury się zbierają…

Prom w GreinPo przepłynięciu na drugi brzeg, niezwłocznie wsiadamy na rowery i jedziemy przed siebie. Droga jest bardzo przyjemna.

Zostawiamy za sobą GreinDroga rowerowa z Grein do YbbsWidok na drugą stronę rzekiJak zwykle trasa dobrze oznakowana.
Jednak przed Ybbs łapie nas ulewa i na szybko musimy szukać jakiegoś schronienia, żeby przeczekać najgorszy moment. Po około 15 minutach możemy ruszać dalej. Na rynku w Ybbs robimy sobie przerwę na drugie śniadanie. Jest to małe urocze miasteczko, liczące ok. 5 tys. mieszkańców.

YbbsPrzerwa śniadaniowa na rynku w YbbsPo półgodzinnej przerwie ruszamy dalej w trasę. Czuć w nogach wczorajsze 85km. Dziś nie jedzie się już tak lekko. Niestety niedługo po opuszczeniu Ybbs za nami pojawiają się czarne burzowe chmury i z daleka widać padający z nich deszcz. Tak więc znowu szukamy schronienia, którym tym razem okazuje się być wiata przystankowa na pobliskiej stacji kolejowej. Adam jest zadowolony, bo liczy przy okazji na jakiś przejeżdżający pociąg, któremu mógłby zrobić zdjęcie. Ja również jestem zadowolona z postoju, bo jest cieplutko, jeszcze świeci słońce, dookoła ładne widoki, zapas jedzenia w sakwie, więc mogę sobie znowu odpocząć i nie straszna mi tu burza. Czekaliśmy ok. pół godziny, chmury faktycznie się przybliżały po czym przeszły bokiem i żaden deszcz czy burza do nas nie dotarła. Mogliśmy pedałować dalej, ku rozpaczy Adama, ponieważ przez ten czas nie przejechał ani jeden pociąg. Nie muszę chyba dodawać, że pojechał w niedługim czasie jak opuściliśmy to miejsce.

Burza idzie w naszą stronę.Następnie jedziemy przez pola, zrobiło się naprawdę ciepło i przyjemnie, ale u mnie pojawił się kryzys i odechciało mi się już na dziś jeździć. A przed nami jeszcze 20km. Męcząc się (tzn. ja) dojeżdżamy do Pöchlarn, gdzie zamierzaliśmy zjeść obiad. Jednak miasteczko nas nie zachwyciło, interesującej nas knajpki po drodze również nie znaleźliśmy, więc praktycznie bez zatrzymania pojechaliśmy dalej. Ostatni odcinek trasy już mi się bardzo dłuży, jednak w bardzo przyzwoitym czasie dojeżdżamy do Melk, gdzie mamy dziś zamiar nocować.

Jesteśmy na miejscuKemping położony jest nad samą przystanią, gdzie przypływają ekskluzywne promy z międzynarodowym towarzystwem. Z tego co udało nam się zauważyć, wynikało że najwięcej wśród turystów było Rosjan. Przypływali do Melk, wysiadali, żeby zjeść obiad w pensjonacie (dokładniej Fährhaus, do którego należał nasz kemping) i zwiedzić miasteczko, po czym wsiadali z powrotem na prom i płynęli gdzieś dalej. Tak więc ruch w okolicy kempingu był niestety spory.

Po rozłożeniu namiotu zjadamy całkiem smaczny obiad na tarasie pensjonatu. Całe szczęście wszyscy turyści popłynęli już dalej, więc zrobiło się spokojnie. Resztę wieczoru spędzamy leniwie na kempingu.

Piątek, 22 sierpnia

Znowu całą noc lało. I było strasznie zimno… Gdy wcześnie rano, mało przytomna otwieram oczy, widzę dziwne podłużne kształty na zewnętrznej stronie sypialni. Słyszałam, że w nocy dość mocno wiało, więc stwierdzam, że to pewnie mokre liście przykleiły nam się do sypialni. Gdy po jakimś czasie budzę się ponownie, już bardziej przytomna widzę, że liście po pierwsze znajdują się w innych miejscach niż poprzednio, po drugie stwierdzam, (już bardziej przytomna), że to nie mogą być liście, ponieważ nad sypialnią jest jeszcze tropik, więc liście nie mogły w ten sposób wlecieć do środka. Po trzecie stwierdzam, że „liście” się ruszają! Tak, to wcale nie były liście tylko ślimaki. Nasz namiot przeżywał właśnie najazd ślimaków (tych okropnych, bez skorupek). Postanawiam szybko działać w tej sprawie, ponieważ na domiar złego zostawiają one odchody i śluzowate ślady na naszym namiocie. Uderzam energicznie od wewnętrznej strony we wszystkie ściany sypialni i zdecydowana większość ślimaków odpada. Niezwłocznie po tym dobiegają do mnie niezadowolone pomruki Adama, który śpi w najlepsze, a trzęsący się namiot nie pozwala mu kontynuować snu. Pozostaje niewzruszony na informację o „ataku” ślimaków. Niezadowolony przekręca się na drugi bok i dalej śpi. Na dworze nadal pada, więc z powodu braku innych pomysłów, co ze sobą zrobić zasypiam ponownie. Gdy budzę się po jakimś czasie na sypialni ponownie jest mnóstwo ślimaków, więc procedura likwidacji szkodników się powtarza, na co Adam ponownie reaguje zdenerwowaniem, ponieważ trzęsący się namiot nie pozwala mu spać.

Kiedy w końcu przestaje padać wychodzimy na zewnątrz. Nie jest to jednak proste, ponieważ wczorajsza ładna zielona trawka w wyniku całonocnego deszczu zmieniła się w jakieś moczary. Dużo czasu zajmuje nam zebranie się, więc opuszczamy kemping jako jedni z ostatnich.

Dzisiejszą wycieczkę rozpoczynamy od śniadania w kawiarni i zwiedzenia (bardzo pobieżnie) opactwa w Melk.

MelkKlasztor w Melk

Opactwo Benedyktynów w Melku powstało w średniowieczu. Jest to jeden z największych barokowych zespołów sakralnych w Europie. Swoimi rozmiarami robi naprawdę imponujące wrażenie. Położone jest na skarpie, dzięki czemu prezentuje się jeszcze okazalej. To właśnie stąd pochodził Adso, główny bohater powieści „Imię róży”. W skład opactwa wchodzi m.in. kościół, biblioteka, muzeum, ogród parkowy. Chciałabym tu kiedyś wrócić i poświęcić przynajmniej pół dnia na zwiedzanie tego obiektu.

Co ciekawe, ponieważ na terenie opactwa obowiązywał zakaz wprowadzania rowerów, przed brama główną znajdował się zadaszony parking dla rowerów z szafkami na kluczyk, w których można było schować cenne rzeczy.

Myśleliśmy, że najładniejsza część trasy (mam tu na myśli okolice Schlögener Schlinge) już za nami, ale jak się okazało najlepsze dopiero na nas czekało. Dziś trasa prowadzi przez Dolinę Wachau. Jest to piękna widokowo dolina, która rozciąga się wzdłuż Dunaju na długości ok. 40 km, od Melk do Krems. Wzgórza wzdłuż doliny porastają winnice, a okoliczne miasteczka mają piękną kamienna architekturę. Trochę przypomina mi to Toskanię. Ze względu na walory widokowe, architektoniczne i kulturowe dolina została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Od samego rana napotykamy na przeszkody. Zakładaliśmy dziś jazdę prawym brzegiem Dunaju, jednak już w Melk pojawiła się tablica, że ta część trasy jest nieczynna i należy przyjechać mostem i po drugiej stronie rzeki kontynuować podróż.

Pierwszą ciekawą miejscowością, a raczej maleńką mieściną jest Aggsbach. Przypadkiem znajdujemy tu sklepik/miniknajpkę zakręconej pani ekolożki, która ma w sprzedaży przeróżne produkty spożywcze, oczywiście wszystko bio. Swoją drogą bardzo smaczne. Akurat w sierpniu był sezon na Marilllien, czyli jak się później dowiedzieliśmy – morele, więc większość produktów była właśnie morelowa. Ja wzięłam sok z przecieru morelowego, a Adam lody morelowe – jedno i drugie pyszne. Gdyby nie to, że w sakwach miejsce jest bardzo ograniczone wzięłabym stąd sporo zapasów ze sobą. Siedzimy chwilę w cieniu w ogródku (mnie nawet udało się skorzystać z hamaka, z którego potem było bardzo ciężko wstać, ponieważ mogłabym w nim spędzić resztę dnia) i jedziemy dalej.

Ogródek knajpki z produktami bioDalsza droga była trochę bardziej wymagająca kondycyjnie, ponieważ nie prowadziła samym brzegiem rzeki, a wznosiła się na pobliskie wzgórza. Jadąc raz w górę a raz w dół dojeżdżamy do kolejnej miejscowości – Willendorf in der Wachau. Z pojawiających się przy ulicy plakatów dowiadujemy się, że to tutaj znaleziono słynną figurkę Wenus z Willendorfu z epoki paleolitu, liczącą ok. 24 tys. lat. Krajobrazy dookoła nas są piękne i pogoda wspaniała. Jedziemy niespiesznym tempem, co jakiś czas zatrzymując się na zdjęcie.

Widok na Dolinę Wachau z okolic WillendorfuDolina WachauWillendorf in der WachauWillendorf in der WachauDolina WachauJednak, aby nie było tak pięknie, coś w końcu musi być nie tak. Po pewnym czasie zauważyłam, że Adam został daleko w tyle, a taka sytuacja rzadko się zdarza. Co więcej zszedł z roweru i go prowadzi. To oznacza tylko jedno – pierwsza guma złapana. Rozpakowanie roweru, wymiana dętki, odnalezienie i wydłubanie kawałka szkła z opony i zapakowanie roweru na nowo wyjęło nam godzinę z wycieczki. Ale jak dla mnie była to również godzina odpoczynku w całkiem ładnych okolicznościach przyrody.

PanaPrzerwa jednak spowodowała, że zaczęło nam burczeć w brzuchach, tak więc ruszyliśmy na poszukiwanie knajpy, gdzie można by było zjeść obiad. Bez większych trudności znaleźliśmy odpowiednią restaurację w Spitz. Jedzenie było wyborne, co spowodowało u mnie przejedzenie… Ciężko było się ruszyć ponownie, a przed nami dzisiaj jeszcze 20km.

Dolina Wachau, czyli sady i winnice.Dalsza część trasy jest równie piękna. Strome zbocza, winnice, ruiny zamków i pełne słońce. Nic dodać nic ująć. Przejeżdżamy przez kolejne miejscowości: Wösendorf in der Wachau, Weißenkirchen in der Wachau…

Weissenkirchen in der Wachau…i dojeżdżamy do przedostatniego już dzisiaj miasteczka na trasie, mianowicie Dürnstein. Jest to urocze średniowieczne miasteczko, więc postanawiamy zejść z rowerów i trochę rozejrzeć się po okolicy. Miasteczko zawdzięcza swoją nazwę średniowiecznemu zamkowi Dürrstein położonemu na wysokim, skalistym wzgórzu, który miał strzec przełomu Dunaju. Do zamku co prawda nie podeszliśmy, ponieważ droga była długa i bardzo stroma, ale przynajmniej udało nam się rozejrzeć po miasteczku.

Niekończące sie winniceZ oddli widać już DuernsteinPrzełom Dunaju w okolicach DuernsteinWjeżdżamy do DuernsteinDuernsteinDuernsteinStąd mieliśmy już całkiem niedaleko do Stein an der Donau, jednak okolica była tak piękna, że zaraz po przejechaniu przez średniowieczną bramę i opuszczeniu miasta zrobiliśmy kolejny postój.

Pozostało nam już tylko 5 km do kempingu. Wieczorem jeszcze tradycyjne zakupy kolacyjno-śniadaniowe w pobliskim markecie i kolejny dzień wyprawy dobiegł końca.

Kemping w Stein an der DonauSobota, 23 sierpnia

Aby równowaga w przyrodzie została zachowana, po najciekawszym dniu wyprawy przypadł nam dzień najnudniejszy, najbardziej nużący, bez jakichkolwiek ciekawych atrakcji. Mieliśmy wrażenie, że jedziemy przez totalne „nigdzie”. W pobliżu rzeki, wzdłuż której pedałowaliśmy nie było niczego. Dodatkowo góry się skończyły i teren zupełnie wypłaszczył.

Wycieczkę rozpoczynamy od zwiedzania (choć może to za dużo powiedziane) Krems, które okazało się za razem jedynym ciekawym punktem naszej dzisiejszej trasy.

KremsPrzejeżdżamy przez centrum i zjeżdżamy do rzeki. Tutaj miasto się kończy. W promieniu kilku kilometrów są jedynie krzaki, nadrzeczna roślinność no i nasza asfaltowa droga. Po około 10 km robimy postój na uzupełnienie płynów w Donaurestaurant, restauracji napotkanej na szlaku. Jednak mam wrażenie, że knajpa bardziej nastawiona była na zamożnych klientów pobliskiej przystani niż na rowerzystów. Dalej jedziemy wzdłuż Dunaju monotonnym szlakiem. Nic się nie dzieje. Dunaj i nadrzeczna roślinność to jedyne czego się możemy spodziewać dookoła. Przynajmniej słońce nam przygrzewa.

Nudna trasa z Krems do Tulln. Praktycznie cały czas ten sam widok.Knajpa dla rowerzystów a obok elektrownia atomowa.Jednak jest bardzo duszno, wydaje się, że burza wisi w powietrzu. Na deszcz nie trzeba długo czekać. Nagle niebo zasnuwa się chmurami i zaczyna padać. Szczęśliwie gdy spadają pierwsze krople deszczu nasza trasa przebiega pod wiaduktem, pod którym się chowamy. Co za fart. Przez poprzednie kilka kilometrów nie mielibyśmy kawałka dachu, pod którym moglibyśmy się schować. Czekamy kilka minut, po czym jak deszcz ustaje wyruszamy szybkim tempem do Tulln. Niestety po kilku minutach za nami pojawiają się jeszcze ciemniejsze chmury i na dodatek zaczyna grzmieć. Burza jak nic mknie w naszą stronę. Pedałując ile sił w nogach próbujemy dotrzeć przed nią do Tulln. Deszcz był jednak szybszy od nas. I znowu nastąpił cud, znikąd pojawiła się sympatyczna budka z napojami i jedzeniem, prowadzona przez jeszcze sympatyczniejszego pana właściciela. Budka oczywiście miała zadaszony ogródek z miejscami do siedzenia. Zamówiliśmy kanapkę, pączka i kawę, i czekaliśmy aż przestanie padać. Niestety nie zapowiadało się na krótki deszczyk. Burza trwa dobre 40 minut, jak nie dłużej. Kiedy w końcu przechodzi i już tylko mży postanawiamy wyruszyć w dalszą drogę. Po burzy zrobiło się na prawdę zimno. Po dotarciu do Tulln niestety nadal pada, więc jednogłośnie postanawiamy o nocowaniu tym razem znowu pod dachem. W centrum informacji turystycznej dowiadujemy się, że w schronisku młodzieżowym maja całkiem przystępne ceny, więc kierujemy się w tamtą stronę. A w schronisku nie tylko ceny, ale i warunki bardzo dobre.

Jak zwykle po całodziennej wyprawie jesteśmy głodni, tak więc najpierw ruszamy na poszukiwanie sklepu. Niestety, w sobotę po godzinie 18 wszystko jest już pozamykane (w Polsce nie do pomyślenia taka sytuacja). Pozostała nam jedynie stacja benzynowa, całe szczęście nieźle zaopatrzona w żywność. Następnie w strugach deszczu udaliśmy się do knajpy na obiad. Oby jutro była lepsza aura…

cdn.

[15-29.08.2014] Donauradweg, czyli 700km na rowerze z Niemiec na Słowację cz. 3

Wtorek, 19 sierpnia

Czas na trochę przerwy od Donauradweg. Ponieważ dzisiaj również będziemy nocować w Linzu, możemy wyskoczyć na wycieczkę w góry bez bagaży. Ale żeby zaoszczędzić na czasie, a tym samym zobaczyć więcej, postanawiamy zabrać ze sobą rowery. Zjazd na dworzec kolejowy jest czystą przyjemnością, jednak pod dworcem Adam patrzy się na mnie, ja na niego, chwila konsternacji i nagle pojawia się pytanie „A gdzie aparat?!”. No tak… został w pokoju. A do odjazdu pociągu pozostało 20 minut. Całe szczęście dzięki dobrej kondycji Adama w ostatniej chwili wpadamy do pociągu… oczywiście z aparatem.

Jedziemy do Gmunden. Po ostatniej Eurowizji miejscowość stała się bardziej popularna, ponieważ to właśnie stąd pochodzi słynna już w całej Europie Conchita Wurst. My jednak obraliśmy ten kierunek ze względów czysto krajobrazowych, ponieważ Gmunden to urokliwe miasteczko położone u stóp Alp Salzburskich.

Gmunden. Droga z dworca kolejowego do centrum.To 13-tysięczne miasto leży nad samym brzegiem jeziora Traunsee, nad którym góruje Traunstein – góra może nie aż tak wysoka jak by się z dołu wydawało, ale imponująca ze względu na ociosane kształty.

Traunsee widziane z Gmunden.Jedną z atrakcji turystycznych Gmunden jest zamek Ort położony na wyspie. Jest to jedna z najstarszych budowli w regionie.

Zamek OrtZamek Ort. W tle Traunstein.Wart zobaczenia jest również rynek z ratuszem z XVI w. Właśnie na rynku udaje nam się zjeść całkiem dobre kiełbaski. Po obejrzeniu powyższych atrakcji kierujemy się wzdłuż wybrzeża do przystani statków (skąd można odbyć rejs po jeziorze), a następnie pod kolejkę, która wjeżdża na Traunstein. Jednak my rezygnujemy z wjazdu. Pogoda i widoczność nie jest zachwycająca, poza tym trzeba by było gdzieś zostawić rowery.

Wracamy na dworzec i postanawiamy pojechać jeszcze dalej w głąb gór, a mianowicie do Bad Ischl – uzdrowiska, gdzie swoją letnią rezydencję miał sam cesarz Franciszek Józef I. Było to również miejsce wypoczynku wielu kompozytorów, m.in. Johanna Straussa. A tak swoją drogą to warto się przejechać z Gmunden do Bad Ischl pociągiem choćby ze względu na widoki. Tory kolejowe wiją się wzdłuż brzegu Traunsee, a następnie wjeżdżają w głęboką dolinę.

Traunstein i Traunsee widziane z okna pociągu.Traunstein i TraunseeRobimy szybką przejażdżkę przez miasto. Nareszcie się wypogadza i nagle robi się bardzo przyjemnie.

Dom zdrojowy w Bad IschlNa deptaku w Bad IschlWracamy na dworzec i jedziemy z powrotem do Linzu. Widoki z okna pociągu są naprawdę ładne.

Widok z pociągu w kierunku GmundenWidok z pociągu na odcinku Bad Ischl - GmundenJedziemy i oglądamyW Linzu podjeżdżamy znowu na rynek na lody i wracamy na nocleg.

Linz w świetle zachodzącego słońca.

Środa, 20 sierpnia

O ile wczoraj pogoda była znośna to dzisiaj jest okropnie – zimno i siąpi deszcz. A Adam na dodatek ma jeszcze obiecane foty tramwajowe w Linzu, gdzieś na jakimś pipidówku. Kiedy opuszczamy schronisko nie jest najgorzej, jednak po jakiś 15 minutach zaczyna lać, więc stajemy pod zadaszeniem. I tak jeszcze kilka razy – raz pod wiatą przystankową, raz na stacji benzynowej, raz pod mostem… Zanim udało nam się wyjechać z Linzu minęło naprawdę sporo czasu.

Po opuszczeniu miasta jedziemy samym brzegiem Dunaju. Po drugiej stronie rzeki widać strefę przemysłową. Jak dla mnie widok przytłaczający.

Opuszczamy Linz.Po około 10km dojeżdżamy do elektrowni wodnej i przejeżdżamy przez jej tereny na drugi brzeg, odbijamy nieco od Dunaju i przejeżdżamy przez jakieś wymarłe wsie. Wygląda to trochę tak jakby po zeszłorocznej powodzi (widać, że woda sięgała tu pierwszego piętra) wszyscy mieszkańcy opuścili wieś. Trasa z powrotem sprowadza nas w kierunku rzeki i po kolejnych 5km docieramy do Enns. Donauradweg nie prowadzi przez centrum miasta, ale my postanawiamy odbić z trasy i zobaczyć co tu mają ciekawego.

EnnsPrzy okazji zjadamy na rynku bardzo smaczny obiad i uzupełniamy płyny. Całe szczęście przestało padać, ale mamy wrażenie, że robi się coraz zimniej. Nawet Adam, który jest wytrzymały postanawia ubrać długie spodnie (ja w tym samym momencie mam na sobie już 3 warstwy).

Wracamy do głównej trasy i kierujemy się do Mauthausen, gdzie ponownie przeprawiamy się promem na drugi brzeg. Innego wyboru nie ma, tutaj Donauradweg znowu prowadzi tylko jednym brzegiem. Zostało nam ok. 7 km do Au (to już druga miejscowość o tej dziwnej nazwie na naszej trasie), gdzie zamierzaliśmy nocować na kempingu.

MauthausenPomimo późnego wyjazdu z Linzu, postojów na przeczekanie deszczu i przerwy obiadowej w Enns czas mamy bardzo dobry i w Au jestesmy ok. 15, a to trochę za wcześnie jak na zakończenie dnia. A tak naprawdę, pomimo pogody jedzie nam się bardzo dobrze i mamy jeszcze spore zapasy energii. Z drugiej strony kemping w Au kusi, ponieważ jest tu niepowtarzalna możliwość przenocowania w ogromnych drewnianych beczkach klik. Jednak podejmujemy decyzję, że jedziemy dalej. W związku z tym, że teraz czeka nas jazda wałem przez 13 km wśród „zupełnego niczego”, mamy nadzieję, że nie lunie. Przy okazji przekraczamy granicę landu. Przejeżdżamy z Oberösterreich do Niederösterreich. Ku naszemu zdziwieniu tę granicę przekraczaliśmy jeszcze kilka razy, ponieważ jak się okazało, prowadzi ona na tym odcinku mniej więcej wzdłuż Dunaju, raz po jednej raz po drugiej stronie.

Granica landuTym sposobem dojeżdżamy do Mitterkirchen im Machland, gdzie robimy małą przerwę na uzupełnienie płynów, na jednym z wielu przydrożnych „pitstopów” dla rowerzystów – są knajpki z napojami, są ławy, tablica ze schematem szlaków i mapy.

Pitstop dla rowerzystów. Knajpka, tablica z drogowskazami, mapy, wiaty.Nasza mapa radziła nam, aby w tym miejscu znowu zmienić brzeg, ale postanowiliśmy zrobić jej na przekór i chyba dobrze, bo dalsza część trasy była naprawdę ciekawa. W tym miejscu również pada decyzja, że pedałujemy dziś aż do Grein, czyli jeszcze ponad 20km. Jedziemy bardzo malowniczą drogą, pofałdowanym terenem przez wsie, pola i sady. Na horyzoncie widać już również góry, czyli tam gdzieś musi być Grein. Co jakiś czas mijamy słupy, na których zaznaczono poziom wody podczas powodzi w ubiegłym roku – robi wrażenie. Kolejną ciekawostką tego odcinka trasy są miejscowości, które mijamy. Z powodu nawiedzających ten rejon powodzi, miasteczka ogrodziły się dookoła wałami przeciwpowodziowymi. W czasie zbliżającej się powodzi bramy są zamykane i miasteczka są zabezpieczone. Jednak na poniższym zdjęciu widać, że w 2002 roku niewiele brakowało.

Mury przeciwpowodzioweZ czasem sady zmieniają się w pola kukurydzy i teraz ścieżkami wśród wysokich pędów jedziemy prawie jak w labiryncie, jednak bezbłędnie do celu. Niestety z tego odcinka trasy nie mamy ani jednego zdjęcia, ponieważ na horyzoncie pojawiły się czarne chmury, przed którymi musieliśmy uciekać.

Już niedaleko do GreinPonownie dobijamy do brzegu i po ok. 10km wjeżdżamy do Grein. Pięknie położonego miasteczka, pośród gór, nad Dunajem. Na chwilę przed wjazdem do Grein pada decyzja, że dziś nocujemy pod dachem. Jest zbyt zimno na namiot, na dodatek zanosi się na niezłą ulewę. W pierwszym pensjonacie niestety brak wolnych miejsc, ale przemiła pani gospodyni zadzwoniła do swojej koleżanki z innego pensjonatu i załatwiła nam nocleg dwie ulice dalej.

Pani Hermione już z daleka energicznie macha nam przez okno, szeroko się uśmiechając. Warunki w pensjonacie są oldschoolowe, ale jest czysto, schludnie i przede wszystkim ciepło. A pani właścicielka była przeszczęśliwa, ponieważ jak się okazało, byliśmy pierwszymi Polakami, którzy u niej nocowali. Gospodyni była tak sympatyczna, że po spytaniu o najbliższy sklep stwierdziła, że podrzuci nas autem. Oczywiście grzecznie podziękowaliśmy i popedałowaliśmy sami. Jak tylko dojechaliśmy do sklepu chmury nas dogoniły i zaczęło lać. W strugach deszczu wróciliśmy do pensjonatu, zjedliśmy obfitą kolację złożoną ze specjałów jakie udało nam się kupić w Hofferze i wykończeni poszliśmy spać.

Przejechaliśmy dzisiaj 86km. To mój rekord z takim obciążeniem. Jestem z siebie dumna.

cdn.