[4-7.06.2015] Czeski Raj

Można powiedzieć, że dopiero co wróciliśmy z naszej długiej podróży przez Włochy, ale w sumie nie przeszkadza to temu, aby po nieco dwóch tygodniach znowu wyruszyć w nieznane. Wszak to długi „bożocielny” weekend, więc trzeba to koniecznie wykorzystać.

Tym razem wybieramy się do Czech, a dokładniej do Czeskiego Raju. I nie ma on nic wspólnego ze znanym i lubianym Słowackim Rajem. W Czeskim nie znajdziemy emocjonujących drabinek, „stupacek”, mostków, łańcuchów itp. Czeski Raj to pagórkowaty teren, na którym znajdują się bardzo ciekawe tzw. skalne miasta. Jest tu wiele punktów widokowych, zamków, pałaców i innych atrakcji. W sam raz na leniwy weekend.

Środa, 3 czerwca

Ruszamy zaraz po pracy, prosto do Wrocławia, skąd zabieramy Łukasza i jedziemy na miejsce docelowe, czyli do Doubravy. Dzięki atrakcji (o której nawigacja nie wiedziała) jaką był zamknięty most, gubimy się i mocno klucząc docieramy na miejsce dopiero około północy. Całe szczęście gospodarz na nas czekał.

Czwartek, 4 czerwca

Na dziś mamy zaplanowaną dość długą wycieczkę po regionie o nazwie Hruboskalsko. Podjeżdżamy do Turnova, gdzie zostawiamy samochód i stamtąd czerwonym szlakiem kierujemy się w stronę Hrubej Skały. Już po zaledwie 1,5km pojawia się pierwsza vyhlidka, skąd roztacza się ładny widok. Robimy krótką przerwę i idziemy dalej.

Po kolejnym kilometrze docieramy pod zamek Valdštejn. Nie zwiedzamy go jednak. Tutaj przewidziana jest inna atrakcja, a mianowicie Hospudka u Hradu, w której podają pyszne malinowe piwo (nie, nie z sokiem malinowym, nie jest to też radler). Po przerwie maszerujemy dalej. Mijamy dwie ciekawe vyhlidki skąd obserwujemy wspinaczy – U Lvicka i Na Kapelu, przechodzimy przez arboretum i docieramy do kolejnej atrakcji jaką jest zamek Hruba Skala.

Po drodze zdążyliśmy zgłodnieć, więc postanawiamy coś wrzucić w barze znajdującym się obok zamku. Jednak nie był to dobry pomysł. Wtopa totalna. Ja ze swojej zupy zjadłam jedynie chleb…

Na zamek nie wchodzimy, ponieważ dziś pełni rolę hotelu. Zwiedza się jedynie dziedziniec i wieżę, ale odpuszczamy. Zaglądamy jeszcze tylko na pobliską vyhlidkę Prachovna. Ponieważ na zamek można dojechać samochodem jest u dość tłoczno i jarmarcznie. Uciekamy stąd szybko. Poza tym nie jesteśmy nawet jeszcze w połowie dzisiejszej trasy. Idziemy dalej czerwonym szlakiem. Tutaj jest już praktycznie całkiem pusto. Przez lasy i pola dochodzimy po 13km od startu do imponującego zamku Trosky. Są to ruiny średniowiecznego zamku, z wieżami wzniesionymi na dwóch wybitnych bazaltowych skałach. W czasach budowy uznawany był za nie do zdobycia. Tego zamku już nie odpuszczamy. Kupujemy bilety i zwiedzamy.

Tutaj opuszczamy czerwony szlak, który towarzyszył nam przez cały dzień i odbijamy na zielony, którym schodzimy do pociągu i wracamy do Turnova.

Piątek, 5 czerwca

Hruboskalsko mamy zaliczone, więc dzisiaj kolejny region w planach – Maloskalsko. Jedziemy do miejscowości Mała Skała, gdzie zostawiamy samochód na parkingu i niezwłocznie udajemy się na szlak.

Na dzisiaj zaplanowaliśmy małe kółeczko z licznymi punktami widokowymi. Ruszamy czerwonym szlakiem i wspinamy się stromo w górę, aż do połączenia z żółtym szlakiem. Tu skręcamy w lewo i zaczynamy tour de vychlidki. Mijamy po kolei Kinského vyhlídka, Vyhlídka Kde domov můj, Husníkova vyhlídka, ale najbardziej przypadła nam do gustu Hořákova vyhlídka. Roztaczają się stąd piękne widoki na dolinę i okoliczne pagórki.

Po krótkiej przerwie idziemy dalej żółtym szlakiem, mijamy Besedické skály i dochodzimy do ponownego połączenia z czerwonym, którym przez chwilę idziemy i ponownie odbijamy na żółty w kierunku Sokoła. Klimaty trochę jak w Błędnych Skałach, tylko na większą skalę. Są ciasne schodki, wąskie przejścia. Po kilkunastu minutach ponownie mamy vychlidkę, z której tym razem możemy podziwiać Suche Skały. Po chwili dochodzimy ponownie do czerwonego szlaku i schodzimy tą samą trasą do auta. Następnie podjeżdżamy do zamku Frýdštejn i zwiedzamy to co pozostało z jego ruin.

Sobota, 6 czerwca

Na dzisiaj zostały nam Prachovske Skaly. Kolejne skalne miasto. Prachowskie Skały to wysokie, smukłe wieże oraz głębokie i wąskie wąwozy. Tutaj robimy 2 kółeczka, jedno duże zielonym szlakiem (górą, z licznymi vychlidkami) i jedno małe żółtym szlakiem (dołem, przeciskając się pomiędzy skałami). Jest to jeden z najbardziej popularnych rejonów Czeskiego Raju, więc turystów jest sporo.

Niedziela, 7 czerwca

Na dziś pozostał nam jedynie powrót. We Wrocławiu zjadamy obiad, zostawiamy Łukasza i wracamy do domu.

[01.02.2014] Trójstyk

W lutym nadarzyła się kolejna okazja na jednodniową wycieczkę górską. Śniegu w Warszawie było w tym czasie prawie po kolana, więc mieliśmy nadzieję, że tym razem uda się zrealizować plan śnieżnej „mini-wyrypy”. Z uwagi na to, iż w górach śniegu jest zazwyczaj przynajmniej tyle samo co w Warszawie jak nie więcej, planujemy dość krótką trasę. Początkowo plan był taki, aby jechać do Jaworzynki, stamtąd przejść na Girovą i dalej w dół do Mostów u Jablunkova. Ale pojawiła się możliwość dojazdu w góry samochodem, więc trasę trzeba było trochę zmodyfikować, aby stała się „kółeczkiem”. Ostatecznie wycieczka przybrała kształty następujące: Jaworzynka Trzycatek – Komorvsky Grun – Girova – Hrcava – Trójstyk – Jaworzynka Trzycatek.

Niestety im dalej jechaliśmy na południe tym mniej śniegu było za oknem. Ostatecznie po dojechaniu do Jaworzynki okazało się, że nie śniegu w ogóle. A jeszcze dzień wcześniej zastanawialiśmy się czy nie wypożyczyć czasem rakiet śnieżnych. No cóż… To już nasze trzecie podejście w tym roku do wycieczki w śniegu i niestety bez rezultatu. Szkoda, bo to pewnie ostatnia szansa na śnieg w tym sezonie.
Pogoda nie zachwycała. Pomimo prognoz, które mówiły o bezchmurnym niebie, słońce się nie pokazało. Wycieczkę rozpoczęliśmy w Jaworzynce, małej wiosce, która wraz z Istebną i Koniakowem tworzy tzw. Trójwieś Beskidzką.
Widok z Trzycatka na stronę słowackąWidok z Trzycatka na polską część BeskidówPoczątkowo obraliśmy żółty szlak, który prowadził drogą asfaltową pomiędzy domostwami, aż do granicy z Czechami, gdzie odbiliśmy w prawo na znacznie przyjemniejszą nawierzchnię. Szlak łagodnie prowadził w górę aż do samego schroniska na Girovej.
Na granicy polsko-czeskiej. Śnieg ani trochę, za to lodu całkiem sporo.Schronisko na Girovej.Samo schronisko wewnątrz bardzo ładne i przytulne. Wypiliśmy po kofoli i herbacie i ruszyliśmy w dół w kierunku Hrcavy. Początkowo szlak schodził mocno w dół przez las, jednak po wyjściu na polanę droga się wypłaszczyła i zrobiło się bardzo przyjemnie. Dookoła otaczały nas ładne widoki na okoliczne szczyty.
Polana na południowych stokach Girovej. Widok na Polskę.Polana pod Girovą. Widok na Słowację.Polana pod Girovą. W tle Ochodzita.Robimy chwilę przerwy na zdjęcia i schodzimy dalej w dół do drogi asfaltowej prowadzącej do Hrcavy. Dalej czeka nas najmniej przyjemna część dzisiejszej wycieczki, tj. drałowanie pod górę asfaltem do Hrcavy. Poszło jednak bardzo sprawnie i po kilkudziesięciu minutach jesteśmy w małej wiosce, gdzie czas płynie dużo wolniej niż w wielkich miastach. Jest to druga położona najbardziej na wschód miejscowość w Czechach. Wieś skądinąd bardzo ciekawa. Są tu  stare chałupy
Hrcavai bardzo ładne domy z zadbanym obejściem.
HrcavaZnaleźliśmy przez przypadek również minibrowar
W Czechach wiele nawet małych miejscowości ma swój browar.z bardzo ładnym tarasem widokowym.
Widok z minibrovaru w HrcavieSpotkaliśmy tu również hodowlę bardzo ciekawych świń, które wyglądały prawie jak owce.
świnioowca?W Hrcavie złapaliśmy żółty szlak, który krętą drogą asfaltową raz w dół to znowu pod górę doprowadził nas do Trójstyku – miejsca styku granic Polski, Czech i Słowacji. Tu znowu robimy chwilowy postój na zdjęcia i kierujemy się w świetle zachodzącego słońca do Jaworzynki, gdzie czekał na nas samochód.

TrójstykKoniaków i OchodzitaZachodzące słońce nad TrójstykiemTo jednak nie był jeszcze koniec naszej wycieczki. Zamiast skierować się w kierunku Katowic skręciliśmy w najbliższym możliwym miejscu do Czech i pojechaliśmy do Pivovaru u Konicka na obiad. Jak zwykle smakował wyśmienicie!

[05.01.2014] Mala Prasiva

Z okazji dłuższego pobytu w Katowicach w okolicach Bożego Narodzenia zaplanowane były 2 górskie wycieczki. Pierwsza w Beskid Mały, o której w poprzedniej notce, druga na Rachowiec. Jednak z powodu bardzo niepewnych prognoz pogody plany się zmieniły i zamiast na Rachowiec pojechaliśmy do Czech w Beskid Śląsko-Morawski, z założeniem, że jeśli będzie lać to nie będziemy wysiadać z pociągu w Dobrej u Frydku Mistku, tylko pojedziemy pociągiem dalej, zwiedzić jakieś miasto. Szlak również był bardziej dostosowany do ewentualnego załamania pogody, ponieważ w większości prowadził asfaltem i po drodze było schronisko.

Całe szczęście dzień okazał się bezdeszczowy. Co prawda słońca nie było, ale przynajmniej było ciepło. Busem z Katowic dojechaliśmy do Cieszyna, gdzie czekał nas spacer na dworzec kolejowy po drugiej stronie granicy. Niestety bezpośredniego połączenia z Katowic do Czeskiego Cieszyna nie ma, co więcej połącenia kolejowe Katowice-Cieszyn są „aż” trzy w ciągu dnia, zajmują grubo ponad 2h (dystans – niecałe 90 km) i na dodatek nie są bezpośrednie. Tak więc podążyliśmy niespieszny krokiem w kierunku granicy. Czasu do pociągu mieliśmy sporo, więc zahaczyliśmy o rynek po polskiej stronie miasta

Rynek w CieszynieGranica państwa na Olziei skierowaliśmy się na rynek w Czeskim Cieszynie.

Rynek w Czeskim CieszynieTrzeba przyznać, że polska strona Cieszyna jest znacznie ładniejsza.

Zrobiliśmy szybkie zakupy w Billi – czyt. studencka czekolada i kofola i wsiedliśmy do pociągu. Zupełnie inaczej się w tym kraju podróżuje koleją. Motoraki, przemiłe panie konduktorki… Lubię te czeskie klimaty. Wysiedliśmy w miejscowości Dobra u Frydku Mistku, gdzie przesiedliśmy się na autobus, który zabrał nas pod samo zbocze góry, a mianowicie do Vyšní Lhoty. Szlak zaczynał się już od samego przystanku, jedyną jego wadą było to, że aż na sam szczyt prowadził asfaltem. Podejście było żmudne, ale za to w miarę krótkie.

Widoki z podejścia żółtym szlakiem na szczytSzczyt Malej Prasivej nie jest zbyt wysoki, ma niewiele ponad 700m n.p.m., ale znajduje się na nim całkiem ładne schronisko. Z wieżą widokową jak się później dowiedziałam już w domu. Ciekawe czy można było tam wejść…

Schronisko na Malej PrasivieDrugą atrakcją na szczycie jest również drewniany kościółek z 1640 r. Niestety pozamykany na cztery spusty.

Drewniany kościółek na Malej Prasivej Mieliśmy, a dokładnie ja miałam wielką ochotę na „cesnakovą polievkę”, ale niestety mimo wczesnej pory całe schronisko było zajęte przez grupę żwawych, czeskich emerytów. Tańce, piosenki, gitara i te sprawy. Nic tu po nas. Trzeba się obejść smakiem i schodzić na dół. Szlak zejściowy był dużo przyjemniejszy. Początkowo prowadził bardzo stromo w dół typowo górsko, później płasko i długo asfaltem wśród pól.

Widok ze szlaku Mala Prasiva - Dobratice pod Prasivou. Całkiem z prawej Mala Prasiva i po jej lewej stronie Velka PrasivaPo drodze mimo środka zimy natknęliśmy się na bazie w całej okazałości.

Styczniowe baziePokazało się też w końcu słońce. Ale niestety tylko na chwilkę.

Słońce bezskutecznie próbuje się przebić przez gęste chmuryJako, że wycieczka poszła nam nad wyraz sprawnie mieliśmy sporo czasu do pociągu. Udaliśmy się więc do Hostinca a Minipivovaru U Koníčka, który szczęśliwie znajdował się u wylotu naszego szlaku. Gorąco polecam! Pyszne piwo robione na miejscu oraz jak na Czechy bardzo dobre jedzenie. I tak kończy się nasza wycieczka. Najedzeni wsiedliśmy do pociągu w Dobraticach pod Prasivou. Razem z nami wsiadła również silna grupa mocno starszych wesołych turystek. Widać, że zupełnie inaczej Czesi w podeszłym wieku spędzają czas. Tu starsze panie turystki, tam w schronisku silna grupa emerytów bawiąca się prawie jak młodzież. Rzadko mi się zdarza widzieć takie obrazki w polskich górach. Może to kwestia tego, że w Polsce bez własnego auta co raz mniej można zdziałać w górach…

W Cieszynie ponownie przesiadamy się do okropnego busa i wracamy do Katowic.