[12-13.06.2016] Bałkańska przygoda #18 – powrót!

Powoli kończymy bałkańską podróż. Rano kręcimy się jeszcze chwilkę po Sarajevie, wysyłamy ostatnie kartki pocztowe (lepiej późno niż wcale :P), wykonuję kilka zdjęć tramwajowych i ruszamy w podróż. Po drodze wpadamy do miejscowości Jajce, słynącej z efektownego wodospadu, mijamy bokiem Banja Luke i dojeżdżamy do granicy bośniacko-chorwackiej. Tu czeka nas dość długie oczekiwanie w kolejce do granicy. Po prawie dwóch godzinach wracamy na teren UE. Jazda przez Chorwację trwa chwilę i wnet meldujemy się na granicy chorwacko – węgierskiej. Tu kolejki nie ma, ale czeka nas sprawdzanie bagażnika (po raz pierwszy na wyprawie) – są torby, nie ma uchodźców, więc jedziemy dalej. To była jedyna granica na której widzieliśmy zasieki z drutu kolczastego, na szczęście rozgrodzone.

Jajce - wodospad

Wieczorem dojeżdżamy nad Balaton, mijając po drodze miejscowości o nazwach niewymawialnych, ale również zabawnych ;). Nocujemy w miejscowości Keszthely, niestety nieco rozczarowującej. Miasteczko sprawia wrażenie wymarłego, jest zimno (heh, wracamy z południa…) i sporo komarów. A i kolor Balatonu nie może równać się z lazurowym Adriatykiem.

uroki węgierskich nazw :)
Rano ruszamy w dalszą podróż. W zasadzie nie zatrzymujemy się po drodze (chyba, że wypatrzę jakiegoś ładnego Ikarusa – efekty są i będą się jeszcze pojawiać na TWB). Jedyny nieplanowany postój zapewnia nam czeska policja, ale była to rutynowa kontrola  nie mieliśmy nic na sumieniu. Wieczorem meldujemy się w Polsce. Trochę smutni, bo to już koniec urlopu. Ale też szczęśliwi, bo widzieliśmy wiele ciekawych miejsc, odwiedziliśmy kilka nowych krajów i szczęśliwie przejechaliśmy kilka tysięcy kilometrów (ponad 7500!).

[11.06.2016] Bałkańska przygoda #17 – co? Sarajevo!

Wszystko co dobre szybko się kończy. Rano zegnamy się z Goranem i rozpoczynamy powrót. Aby dojechać do Polski dajemy sobie aż 3 dni. Sporo, ale planujemy wracać bocznymi drogami, aby po pierwsze zaliczyć kilka ciekawych miejsc, a po drugie dać sobie szanse na fotografowanie lokalnych autobusów ;-))

Z Risan jedziemy drogą P11 w kierunku miejscowości Niksic. Droga stromo wspina się na góry otaczające Bokę Kotorska dając po raz ostatni szanse na podziwianie tego magicznego miejsca.

Boka KotorskaDalej jedziemy przez wspomniany Niksic w kierunku jeziora o kuszącej nazwie Pivsko. Po drodze jedziemy przez góry i doliny, co rusz trafiając na widoki warte uwiecznienia. Niestety pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie – na przemian spada deszcz i pojawia się słońce. Nad jeziorem robimy krótki postój w rejonie miejscowości Plužine, a później jeszcze w rejonie ogromnej tamy zamykającej ten zbiornik wodny.

jezioro Pivsko PlužineDalej drogą na której są setki tuneli (i niestety kamieni obrywających się z okolicznych zboczy) dojeżdżamy do granicy bośniackiej. Kolejki nie ma, więc po krótkich formalnościach (celnika niezwykle interesowała nasza „zielona karta” oraz letni kapelusz Ani ;)) wjeżdżamy na teren Bośni i Hercegowiny.

W Bośni parametry całkiem niezłej dotychczas drogi dramatycznie się zmieniają. Mimo, że ta trasa to europejski korytarz E762 to droga staje się wąska i nierówna. Pas asfaltu ma szerokość jednego auta. dodatkowo na drodze pojawiają się osuwiska oraz pasące się zwierzęta.

trasa E762 w Bośni trasa E762 (tak, w tle widac stado owiec)Późnym popołudniem dojeżdżamy do Sarajewa. Z małymi przygodami meldujemy sie w miejscu naszego noclegu i ruszamy na podbój miasta. spacerujemy głównie po śródmieściu pełniącym funkcje zdecydowanie handlowe. Wydaje nam się, ze znajdujemy się w centrum wielkiego bazaru. Spacerując wypatrujemy Róży Sarajewa oraz szukamy t-shirtów z Vucko (maskotką olimpiady w 1984 r.) – oba cele udaje nam się zrealizować, aczkolwiek było trudniej niż nam się zdawało. Napotkane róże wydają się zapomniane (farba jest mocno wytarta), a Vucko nie jest tak wszędobylski jak się spodziewaliśmy…

Sarajevo