[27.05.2016] Bałkańska przygoda #2

Pierwszy pełny dzień urlopu. „Na rozgrzewkę” decydujemy się odwiedzić Wąwóz Vintgar. Spacerowo i relaksacyjnie, ale w końcu dopiero co przyjechaliśmy. W dodatku Ania jest chora, więc o bardziej wyczerpujących eskapadach możemy na razie zapomnieć.
Wąwóz Vintgar znajduje się ok. 4 km na północny-zachód od miasta Bled. Ma długość ok. 1,6km. Płynie nim rzeka Radovna. Długie odcinki szlaku prowadzą po drewnianych kładkach. A wokół strome skalne ściany i soczysta zieleń (w końcu mamy dopiero maj). W dole lodowata woda o pięknym kolorze, szumiąca tak, że ciężko rozmawiać. Oraz przyjemny chłód, co było istotne, bo dzień jest naprawdę ciepły.

Wąwóz Vintgar Wąwóz Vintgar Wąwóz Vintgar Wąwóz Vintgar Wąwóz VintgarPo przejściu wąwozu dochodzimy do mostku nad wodospadem Šum. Krótka narada i decydujemy się wracać na parking okrężną drogą (ale znakowaną ;)) obchodząc górę Hom. Droga prowadzi początkowo przez gęsty las, ale ostatecznie dochodzimy do pastwisk i trawersując zbocze i podziwiając widoki wracamy do samochodu.

trawersując zobacz góry Hom BledPóźniej jedziemy pokręcić się po pobliskim mieście Bled. Podziwiamy jezioro oraz pięknie położony zamek i po obiedzie wracamy do Kranskiej Gory. Jako, że dzień jest długi, godzina jeszcze wcale nie tak późna, a my głodni widoków postanawiamy wjechać na przełęcz Vrsic, którą pamiętamy z zeszłorocznego powrotu z wakacji. Droga zwana Ruską Cestą (budowana przez rosyjskich jeńców podczas Pierwszej Wojny Światowej) oferuje piękne widoki a także nie pozwala się nudzić z powodu niekończących się zakrętów. Zresztą, zobaczcie sami…

Zjeżdżając w dół napotkaliśmy stado owiec, przy którym urządziliśmy krótką sesję zdjęciową…Alpy Julijskie - Autor i stado owiecAlpy Julijskie - czyzby owca po ciężkiej imprezie? ;-)Wieczorem pokręciliśmy się jeszcze po Kranjskiej Gorze, następnie z poczuciem dobrze wykorzystanego dnia, poszliśmy spać.

[15-29.08.2014] Donauradweg, czyli 700km na rowerze z Niemiec na Słowację cz. 3

Wtorek, 19 sierpnia

Czas na trochę przerwy od Donauradweg. Ponieważ dzisiaj również będziemy nocować w Linzu, możemy wyskoczyć na wycieczkę w góry bez bagaży. Ale żeby zaoszczędzić na czasie, a tym samym zobaczyć więcej, postanawiamy zabrać ze sobą rowery. Zjazd na dworzec kolejowy jest czystą przyjemnością, jednak pod dworcem Adam patrzy się na mnie, ja na niego, chwila konsternacji i nagle pojawia się pytanie „A gdzie aparat?!”. No tak… został w pokoju. A do odjazdu pociągu pozostało 20 minut. Całe szczęście dzięki dobrej kondycji Adama w ostatniej chwili wpadamy do pociągu… oczywiście z aparatem.

Jedziemy do Gmunden. Po ostatniej Eurowizji miejscowość stała się bardziej popularna, ponieważ to właśnie stąd pochodzi słynna już w całej Europie Conchita Wurst. My jednak obraliśmy ten kierunek ze względów czysto krajobrazowych, ponieważ Gmunden to urokliwe miasteczko położone u stóp Alp Salzburskich.

Gmunden. Droga z dworca kolejowego do centrum.To 13-tysięczne miasto leży nad samym brzegiem jeziora Traunsee, nad którym góruje Traunstein – góra może nie aż tak wysoka jak by się z dołu wydawało, ale imponująca ze względu na ociosane kształty.

Traunsee widziane z Gmunden.Jedną z atrakcji turystycznych Gmunden jest zamek Ort położony na wyspie. Jest to jedna z najstarszych budowli w regionie.

Zamek OrtZamek Ort. W tle Traunstein.Wart zobaczenia jest również rynek z ratuszem z XVI w. Właśnie na rynku udaje nam się zjeść całkiem dobre kiełbaski. Po obejrzeniu powyższych atrakcji kierujemy się wzdłuż wybrzeża do przystani statków (skąd można odbyć rejs po jeziorze), a następnie pod kolejkę, która wjeżdża na Traunstein. Jednak my rezygnujemy z wjazdu. Pogoda i widoczność nie jest zachwycająca, poza tym trzeba by było gdzieś zostawić rowery.

Wracamy na dworzec i postanawiamy pojechać jeszcze dalej w głąb gór, a mianowicie do Bad Ischl – uzdrowiska, gdzie swoją letnią rezydencję miał sam cesarz Franciszek Józef I. Było to również miejsce wypoczynku wielu kompozytorów, m.in. Johanna Straussa. A tak swoją drogą to warto się przejechać z Gmunden do Bad Ischl pociągiem choćby ze względu na widoki. Tory kolejowe wiją się wzdłuż brzegu Traunsee, a następnie wjeżdżają w głęboką dolinę.

Traunstein i Traunsee widziane z okna pociągu.Traunstein i TraunseeRobimy szybką przejażdżkę przez miasto. Nareszcie się wypogadza i nagle robi się bardzo przyjemnie.

Dom zdrojowy w Bad IschlNa deptaku w Bad IschlWracamy na dworzec i jedziemy z powrotem do Linzu. Widoki z okna pociągu są naprawdę ładne.

Widok z pociągu w kierunku GmundenWidok z pociągu na odcinku Bad Ischl - GmundenJedziemy i oglądamyW Linzu podjeżdżamy znowu na rynek na lody i wracamy na nocleg.

Linz w świetle zachodzącego słońca.

Środa, 20 sierpnia

O ile wczoraj pogoda była znośna to dzisiaj jest okropnie – zimno i siąpi deszcz. A Adam na dodatek ma jeszcze obiecane foty tramwajowe w Linzu, gdzieś na jakimś pipidówku. Kiedy opuszczamy schronisko nie jest najgorzej, jednak po jakiś 15 minutach zaczyna lać, więc stajemy pod zadaszeniem. I tak jeszcze kilka razy – raz pod wiatą przystankową, raz na stacji benzynowej, raz pod mostem… Zanim udało nam się wyjechać z Linzu minęło naprawdę sporo czasu.

Po opuszczeniu miasta jedziemy samym brzegiem Dunaju. Po drugiej stronie rzeki widać strefę przemysłową. Jak dla mnie widok przytłaczający.

Opuszczamy Linz.Po około 10km dojeżdżamy do elektrowni wodnej i przejeżdżamy przez jej tereny na drugi brzeg, odbijamy nieco od Dunaju i przejeżdżamy przez jakieś wymarłe wsie. Wygląda to trochę tak jakby po zeszłorocznej powodzi (widać, że woda sięgała tu pierwszego piętra) wszyscy mieszkańcy opuścili wieś. Trasa z powrotem sprowadza nas w kierunku rzeki i po kolejnych 5km docieramy do Enns. Donauradweg nie prowadzi przez centrum miasta, ale my postanawiamy odbić z trasy i zobaczyć co tu mają ciekawego.

EnnsPrzy okazji zjadamy na rynku bardzo smaczny obiad i uzupełniamy płyny. Całe szczęście przestało padać, ale mamy wrażenie, że robi się coraz zimniej. Nawet Adam, który jest wytrzymały postanawia ubrać długie spodnie (ja w tym samym momencie mam na sobie już 3 warstwy).

Wracamy do głównej trasy i kierujemy się do Mauthausen, gdzie ponownie przeprawiamy się promem na drugi brzeg. Innego wyboru nie ma, tutaj Donauradweg znowu prowadzi tylko jednym brzegiem. Zostało nam ok. 7 km do Au (to już druga miejscowość o tej dziwnej nazwie na naszej trasie), gdzie zamierzaliśmy nocować na kempingu.

MauthausenPomimo późnego wyjazdu z Linzu, postojów na przeczekanie deszczu i przerwy obiadowej w Enns czas mamy bardzo dobry i w Au jestesmy ok. 15, a to trochę za wcześnie jak na zakończenie dnia. A tak naprawdę, pomimo pogody jedzie nam się bardzo dobrze i mamy jeszcze spore zapasy energii. Z drugiej strony kemping w Au kusi, ponieważ jest tu niepowtarzalna możliwość przenocowania w ogromnych drewnianych beczkach klik. Jednak podejmujemy decyzję, że jedziemy dalej. W związku z tym, że teraz czeka nas jazda wałem przez 13 km wśród „zupełnego niczego”, mamy nadzieję, że nie lunie. Przy okazji przekraczamy granicę landu. Przejeżdżamy z Oberösterreich do Niederösterreich. Ku naszemu zdziwieniu tę granicę przekraczaliśmy jeszcze kilka razy, ponieważ jak się okazało, prowadzi ona na tym odcinku mniej więcej wzdłuż Dunaju, raz po jednej raz po drugiej stronie.

Granica landuTym sposobem dojeżdżamy do Mitterkirchen im Machland, gdzie robimy małą przerwę na uzupełnienie płynów, na jednym z wielu przydrożnych „pitstopów” dla rowerzystów – są knajpki z napojami, są ławy, tablica ze schematem szlaków i mapy.

Pitstop dla rowerzystów. Knajpka, tablica z drogowskazami, mapy, wiaty.Nasza mapa radziła nam, aby w tym miejscu znowu zmienić brzeg, ale postanowiliśmy zrobić jej na przekór i chyba dobrze, bo dalsza część trasy była naprawdę ciekawa. W tym miejscu również pada decyzja, że pedałujemy dziś aż do Grein, czyli jeszcze ponad 20km. Jedziemy bardzo malowniczą drogą, pofałdowanym terenem przez wsie, pola i sady. Na horyzoncie widać już również góry, czyli tam gdzieś musi być Grein. Co jakiś czas mijamy słupy, na których zaznaczono poziom wody podczas powodzi w ubiegłym roku – robi wrażenie. Kolejną ciekawostką tego odcinka trasy są miejscowości, które mijamy. Z powodu nawiedzających ten rejon powodzi, miasteczka ogrodziły się dookoła wałami przeciwpowodziowymi. W czasie zbliżającej się powodzi bramy są zamykane i miasteczka są zabezpieczone. Jednak na poniższym zdjęciu widać, że w 2002 roku niewiele brakowało.

Mury przeciwpowodzioweZ czasem sady zmieniają się w pola kukurydzy i teraz ścieżkami wśród wysokich pędów jedziemy prawie jak w labiryncie, jednak bezbłędnie do celu. Niestety z tego odcinka trasy nie mamy ani jednego zdjęcia, ponieważ na horyzoncie pojawiły się czarne chmury, przed którymi musieliśmy uciekać.

Już niedaleko do GreinPonownie dobijamy do brzegu i po ok. 10km wjeżdżamy do Grein. Pięknie położonego miasteczka, pośród gór, nad Dunajem. Na chwilę przed wjazdem do Grein pada decyzja, że dziś nocujemy pod dachem. Jest zbyt zimno na namiot, na dodatek zanosi się na niezłą ulewę. W pierwszym pensjonacie niestety brak wolnych miejsc, ale przemiła pani gospodyni zadzwoniła do swojej koleżanki z innego pensjonatu i załatwiła nam nocleg dwie ulice dalej.

Pani Hermione już z daleka energicznie macha nam przez okno, szeroko się uśmiechając. Warunki w pensjonacie są oldschoolowe, ale jest czysto, schludnie i przede wszystkim ciepło. A pani właścicielka była przeszczęśliwa, ponieważ jak się okazało, byliśmy pierwszymi Polakami, którzy u niej nocowali. Gospodyni była tak sympatyczna, że po spytaniu o najbliższy sklep stwierdziła, że podrzuci nas autem. Oczywiście grzecznie podziękowaliśmy i popedałowaliśmy sami. Jak tylko dojechaliśmy do sklepu chmury nas dogoniły i zaczęło lać. W strugach deszczu wróciliśmy do pensjonatu, zjedliśmy obfitą kolację złożoną ze specjałów jakie udało nam się kupić w Hofferze i wykończeni poszliśmy spać.

Przejechaliśmy dzisiaj 86km. To mój rekord z takim obciążeniem. Jestem z siebie dumna.

cdn.

Górskie podsumowanie 2012 r.

Mamy już końcówkę stycznia, więc czas najwyższy podsumować miniony rok pod względem górskich wypraw.

Kwiecień ? Beskid Śląski

W końcu pierwsza wycieczka w tym roku. I nawet udało się zapałać na resztki śniegu. Trasa: Salmopol –> Przełęcz Salmopolska –> Grabowa –> Kotarz –> Hyrca –> Karkoszczonka –> Szczyrk.
Z uwagi na brodzenie w dużych ilościach topiącego się śniegu wymęczyliśmy się strasznie. Za to pogoda i widoki bardzo ładne.

Kotarz

Maj ? Liptowski Mikulasz

Część długiego weekendu majowego postanowiliśmy spędzić po słowackiej stronie Tatr. Z części górskiej udało się zaliczyć wycieczkę do Ziarskiej Chaty w Tatrach Zachodnich i do Chaty Zamkowskiego w Tatrach Wysokich. Niestety ze względu na deszczowo-burzową aurę nie udało się wejść na żaden szczyt.

Liptowska Mara

Czerwiec ? Beskid Żywiecki

Krótki, jednodniowy wypad na Halę Rycerzową w celu oderwania się na chwilę od codziennej gonitwy. Pogoda mglisto-deszczowa, widoki niezbyt rozległe, ale i tak było warto. Trasa: Soblówka –> Hala Rycerzowa –> Przysłop –> Solówka.

Beskid Żywiecki

Lipiec ? Tyrol

Tygodniowy urlop w Innsbrucku. Ze względu na niesprzyjające nam w tym roku warunki pogodowe udało się zrealizować jedynie dwie górskie wycieczki. Pierwsza na Hafelekarspitze, druga na Patscherkofel. Oby dwa szczyty liczące ponad 2200 m n.p.m. znajdują się w zasięgu pieszym z Innsbrucka.

Hefelekarspitze

Sierpień ? Wysokie Tatry

Wyjazd w góry w zupełnie innym charakterze, w doborowym towarzystwie! Mimo, że bez nastawienia na wędrowanie udało się podziwiać piękne widoki z Łomnickiej Przełęczy oraz z Popradu na panoramę Tatr.

Przełęcz Łomnicka

Październik ? Beskid Śląski

Po raz drugi w tym roku korzystając z weekendowego pobytu w Katowicach mamy okazję wyjechać w Beskid Śląski. Tym razem wycieczka musi być krótka ze względu na sztywne ramy czasowe. Trasa: Bielsko –> Szyndzielnia –> Klimczok –> Szczyrk. Pogoda w kratkę, widoki piękne. Było warto.

Widok na Skrzyczne

Październik ? Pieniny/Tatry

Moim zdaniem najciekawszy i najlepszy wyjazd pod względem górskim tego roku. Wycieczka 3 dniowa, dużą grupą. Pogoda rewelacyjna. Widoki piękne. Udało się wejść na Trzy Korony, Górę Zamkową, Orlicę, Czerteż, Czertezik i Sokolicę. A nawet wjechać kolejką (bez kolejki;) na Kasprowy i przejść przez Halę Gąsienicową i Skupinów Upłaz do Kuźnic.

Sokolica

Mimo, że w tym roku ze względu na różne okoliczności i wydarzenia czasu na wyjazdy górskie było mało, udało się zrealizować 7 wyjazdów, co wcale wynikiem słabym nie jest. Zabrakło jakiegoś pasma Sudetów. Ale co się odwlecze? Co do kolejnego roku to miałabym jedynie życzenie, aby pogoda była dla nas bardziej łaskawa.