[15-29.08.2014] Donauradweg, czyli 700km na rowerze z Niemiec na Słowację cz. 4

Czwartek, 21 sierpnia

Po nocy spędzonej w cieplutkim pokoju, wyspani schodzimy na śniadanie. Pogoda za oknem nie napawa optymizmem. Po wyjściu na balkon stwierdzamy, że noc musiała być bardzo zimna. Całe szczęście, że zdecydowaliśmy się na pensjonat.

Poranny widok z okna pensjonatuJak się wieczorem okazało w cenę noclegu wchodzi również śniadanie, i to takie całkiem „wypasione”. Nie udało nam się przejeść wszystkiego, ale gospodyni zobligowała nas do zabrania wszystkiego, czego nie dojedliśmy ze sobą „no, bo przecież zapłacone, więc wszystko jest Wasze”. Tak więc po śniadaniu zostało nam jeszcze sporo prowiantu na dzisiejszą drogę.

Całe szczęście po powrocie do pokoju widok za oknem się nieco poprawił. Widać, że mgła opada, a chmury próbują się rozstąpić. No i co najważniejsze – temperatura się podnosi.

Nasz pensjonatPonieważ wczoraj z powodu złej pogody nie mieliśmy okazji zwiedzić Grein, postanawiamy to zrobić jeszcze dzisiaj przed wyruszeniem w dalszą drogę. Najpierw zatrzymujemy się na wzgórzu zwanym kalwaria, gdzie znajduje się kapliczka i skąd roztacza się ładny widok na miasteczko, Dunaj i okoliczne góry.

Widok na GreinNastępnie zjeżdżamy na dół na ryneczek, gdzie również pstrykamy kilka zdjęć i jedziemy w stronę przeprawy promowej, ponieważ dzisiejsza trasa będzie prowadzić prawym brzegiem rzeki.

Ryneczek w GreinW oczekiwaniu na prom (do którego ustawiła się całkiem spora kolejka) obserwujemy niebo z lekkim niepokojem. Znowu jakieś ciemne chmury się zbierają…

Prom w GreinPo przepłynięciu na drugi brzeg, niezwłocznie wsiadamy na rowery i jedziemy przed siebie. Droga jest bardzo przyjemna.

Zostawiamy za sobą GreinDroga rowerowa z Grein do YbbsWidok na drugą stronę rzekiJak zwykle trasa dobrze oznakowana.
Jednak przed Ybbs łapie nas ulewa i na szybko musimy szukać jakiegoś schronienia, żeby przeczekać najgorszy moment. Po około 15 minutach możemy ruszać dalej. Na rynku w Ybbs robimy sobie przerwę na drugie śniadanie. Jest to małe urocze miasteczko, liczące ok. 5 tys. mieszkańców.

YbbsPrzerwa śniadaniowa na rynku w YbbsPo półgodzinnej przerwie ruszamy dalej w trasę. Czuć w nogach wczorajsze 85km. Dziś nie jedzie się już tak lekko. Niestety niedługo po opuszczeniu Ybbs za nami pojawiają się czarne burzowe chmury i z daleka widać padający z nich deszcz. Tak więc znowu szukamy schronienia, którym tym razem okazuje się być wiata przystankowa na pobliskiej stacji kolejowej. Adam jest zadowolony, bo liczy przy okazji na jakiś przejeżdżający pociąg, któremu mógłby zrobić zdjęcie. Ja również jestem zadowolona z postoju, bo jest cieplutko, jeszcze świeci słońce, dookoła ładne widoki, zapas jedzenia w sakwie, więc mogę sobie znowu odpocząć i nie straszna mi tu burza. Czekaliśmy ok. pół godziny, chmury faktycznie się przybliżały po czym przeszły bokiem i żaden deszcz czy burza do nas nie dotarła. Mogliśmy pedałować dalej, ku rozpaczy Adama, ponieważ przez ten czas nie przejechał ani jeden pociąg. Nie muszę chyba dodawać, że pojechał w niedługim czasie jak opuściliśmy to miejsce.

Burza idzie w naszą stronę.Następnie jedziemy przez pola, zrobiło się naprawdę ciepło i przyjemnie, ale u mnie pojawił się kryzys i odechciało mi się już na dziś jeździć. A przed nami jeszcze 20km. Męcząc się (tzn. ja) dojeżdżamy do Pöchlarn, gdzie zamierzaliśmy zjeść obiad. Jednak miasteczko nas nie zachwyciło, interesującej nas knajpki po drodze również nie znaleźliśmy, więc praktycznie bez zatrzymania pojechaliśmy dalej. Ostatni odcinek trasy już mi się bardzo dłuży, jednak w bardzo przyzwoitym czasie dojeżdżamy do Melk, gdzie mamy dziś zamiar nocować.

Jesteśmy na miejscuKemping położony jest nad samą przystanią, gdzie przypływają ekskluzywne promy z międzynarodowym towarzystwem. Z tego co udało nam się zauważyć, wynikało że najwięcej wśród turystów było Rosjan. Przypływali do Melk, wysiadali, żeby zjeść obiad w pensjonacie (dokładniej Fährhaus, do którego należał nasz kemping) i zwiedzić miasteczko, po czym wsiadali z powrotem na prom i płynęli gdzieś dalej. Tak więc ruch w okolicy kempingu był niestety spory.

Po rozłożeniu namiotu zjadamy całkiem smaczny obiad na tarasie pensjonatu. Całe szczęście wszyscy turyści popłynęli już dalej, więc zrobiło się spokojnie. Resztę wieczoru spędzamy leniwie na kempingu.

Piątek, 22 sierpnia

Znowu całą noc lało. I było strasznie zimno… Gdy wcześnie rano, mało przytomna otwieram oczy, widzę dziwne podłużne kształty na zewnętrznej stronie sypialni. Słyszałam, że w nocy dość mocno wiało, więc stwierdzam, że to pewnie mokre liście przykleiły nam się do sypialni. Gdy po jakimś czasie budzę się ponownie, już bardziej przytomna widzę, że liście po pierwsze znajdują się w innych miejscach niż poprzednio, po drugie stwierdzam, (już bardziej przytomna), że to nie mogą być liście, ponieważ nad sypialnią jest jeszcze tropik, więc liście nie mogły w ten sposób wlecieć do środka. Po trzecie stwierdzam, że „liście” się ruszają! Tak, to wcale nie były liście tylko ślimaki. Nasz namiot przeżywał właśnie najazd ślimaków (tych okropnych, bez skorupek). Postanawiam szybko działać w tej sprawie, ponieważ na domiar złego zostawiają one odchody i śluzowate ślady na naszym namiocie. Uderzam energicznie od wewnętrznej strony we wszystkie ściany sypialni i zdecydowana większość ślimaków odpada. Niezwłocznie po tym dobiegają do mnie niezadowolone pomruki Adama, który śpi w najlepsze, a trzęsący się namiot nie pozwala mu kontynuować snu. Pozostaje niewzruszony na informację o „ataku” ślimaków. Niezadowolony przekręca się na drugi bok i dalej śpi. Na dworze nadal pada, więc z powodu braku innych pomysłów, co ze sobą zrobić zasypiam ponownie. Gdy budzę się po jakimś czasie na sypialni ponownie jest mnóstwo ślimaków, więc procedura likwidacji szkodników się powtarza, na co Adam ponownie reaguje zdenerwowaniem, ponieważ trzęsący się namiot nie pozwala mu spać.

Kiedy w końcu przestaje padać wychodzimy na zewnątrz. Nie jest to jednak proste, ponieważ wczorajsza ładna zielona trawka w wyniku całonocnego deszczu zmieniła się w jakieś moczary. Dużo czasu zajmuje nam zebranie się, więc opuszczamy kemping jako jedni z ostatnich.

Dzisiejszą wycieczkę rozpoczynamy od śniadania w kawiarni i zwiedzenia (bardzo pobieżnie) opactwa w Melk.

MelkKlasztor w Melk

Opactwo Benedyktynów w Melku powstało w średniowieczu. Jest to jeden z największych barokowych zespołów sakralnych w Europie. Swoimi rozmiarami robi naprawdę imponujące wrażenie. Położone jest na skarpie, dzięki czemu prezentuje się jeszcze okazalej. To właśnie stąd pochodził Adso, główny bohater powieści „Imię róży”. W skład opactwa wchodzi m.in. kościół, biblioteka, muzeum, ogród parkowy. Chciałabym tu kiedyś wrócić i poświęcić przynajmniej pół dnia na zwiedzanie tego obiektu.

Co ciekawe, ponieważ na terenie opactwa obowiązywał zakaz wprowadzania rowerów, przed brama główną znajdował się zadaszony parking dla rowerów z szafkami na kluczyk, w których można było schować cenne rzeczy.

Myśleliśmy, że najładniejsza część trasy (mam tu na myśli okolice Schlögener Schlinge) już za nami, ale jak się okazało najlepsze dopiero na nas czekało. Dziś trasa prowadzi przez Dolinę Wachau. Jest to piękna widokowo dolina, która rozciąga się wzdłuż Dunaju na długości ok. 40 km, od Melk do Krems. Wzgórza wzdłuż doliny porastają winnice, a okoliczne miasteczka mają piękną kamienna architekturę. Trochę przypomina mi to Toskanię. Ze względu na walory widokowe, architektoniczne i kulturowe dolina została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Od samego rana napotykamy na przeszkody. Zakładaliśmy dziś jazdę prawym brzegiem Dunaju, jednak już w Melk pojawiła się tablica, że ta część trasy jest nieczynna i należy przyjechać mostem i po drugiej stronie rzeki kontynuować podróż.

Pierwszą ciekawą miejscowością, a raczej maleńką mieściną jest Aggsbach. Przypadkiem znajdujemy tu sklepik/miniknajpkę zakręconej pani ekolożki, która ma w sprzedaży przeróżne produkty spożywcze, oczywiście wszystko bio. Swoją drogą bardzo smaczne. Akurat w sierpniu był sezon na Marilllien, czyli jak się później dowiedzieliśmy – morele, więc większość produktów była właśnie morelowa. Ja wzięłam sok z przecieru morelowego, a Adam lody morelowe – jedno i drugie pyszne. Gdyby nie to, że w sakwach miejsce jest bardzo ograniczone wzięłabym stąd sporo zapasów ze sobą. Siedzimy chwilę w cieniu w ogródku (mnie nawet udało się skorzystać z hamaka, z którego potem było bardzo ciężko wstać, ponieważ mogłabym w nim spędzić resztę dnia) i jedziemy dalej.

Ogródek knajpki z produktami bioDalsza droga była trochę bardziej wymagająca kondycyjnie, ponieważ nie prowadziła samym brzegiem rzeki, a wznosiła się na pobliskie wzgórza. Jadąc raz w górę a raz w dół dojeżdżamy do kolejnej miejscowości – Willendorf in der Wachau. Z pojawiających się przy ulicy plakatów dowiadujemy się, że to tutaj znaleziono słynną figurkę Wenus z Willendorfu z epoki paleolitu, liczącą ok. 24 tys. lat. Krajobrazy dookoła nas są piękne i pogoda wspaniała. Jedziemy niespiesznym tempem, co jakiś czas zatrzymując się na zdjęcie.

Widok na Dolinę Wachau z okolic WillendorfuDolina WachauWillendorf in der WachauWillendorf in der WachauDolina WachauJednak, aby nie było tak pięknie, coś w końcu musi być nie tak. Po pewnym czasie zauważyłam, że Adam został daleko w tyle, a taka sytuacja rzadko się zdarza. Co więcej zszedł z roweru i go prowadzi. To oznacza tylko jedno – pierwsza guma złapana. Rozpakowanie roweru, wymiana dętki, odnalezienie i wydłubanie kawałka szkła z opony i zapakowanie roweru na nowo wyjęło nam godzinę z wycieczki. Ale jak dla mnie była to również godzina odpoczynku w całkiem ładnych okolicznościach przyrody.

PanaPrzerwa jednak spowodowała, że zaczęło nam burczeć w brzuchach, tak więc ruszyliśmy na poszukiwanie knajpy, gdzie można by było zjeść obiad. Bez większych trudności znaleźliśmy odpowiednią restaurację w Spitz. Jedzenie było wyborne, co spowodowało u mnie przejedzenie… Ciężko było się ruszyć ponownie, a przed nami dzisiaj jeszcze 20km.

Dolina Wachau, czyli sady i winnice.Dalsza część trasy jest równie piękna. Strome zbocza, winnice, ruiny zamków i pełne słońce. Nic dodać nic ująć. Przejeżdżamy przez kolejne miejscowości: Wösendorf in der Wachau, Weißenkirchen in der Wachau…

Weissenkirchen in der Wachau…i dojeżdżamy do przedostatniego już dzisiaj miasteczka na trasie, mianowicie Dürnstein. Jest to urocze średniowieczne miasteczko, więc postanawiamy zejść z rowerów i trochę rozejrzeć się po okolicy. Miasteczko zawdzięcza swoją nazwę średniowiecznemu zamkowi Dürrstein położonemu na wysokim, skalistym wzgórzu, który miał strzec przełomu Dunaju. Do zamku co prawda nie podeszliśmy, ponieważ droga była długa i bardzo stroma, ale przynajmniej udało nam się rozejrzeć po miasteczku.

Niekończące sie winniceZ oddli widać już DuernsteinPrzełom Dunaju w okolicach DuernsteinWjeżdżamy do DuernsteinDuernsteinDuernsteinStąd mieliśmy już całkiem niedaleko do Stein an der Donau, jednak okolica była tak piękna, że zaraz po przejechaniu przez średniowieczną bramę i opuszczeniu miasta zrobiliśmy kolejny postój.

Pozostało nam już tylko 5 km do kempingu. Wieczorem jeszcze tradycyjne zakupy kolacyjno-śniadaniowe w pobliskim markecie i kolejny dzień wyprawy dobiegł końca.

Kemping w Stein an der DonauSobota, 23 sierpnia

Aby równowaga w przyrodzie została zachowana, po najciekawszym dniu wyprawy przypadł nam dzień najnudniejszy, najbardziej nużący, bez jakichkolwiek ciekawych atrakcji. Mieliśmy wrażenie, że jedziemy przez totalne „nigdzie”. W pobliżu rzeki, wzdłuż której pedałowaliśmy nie było niczego. Dodatkowo góry się skończyły i teren zupełnie wypłaszczył.

Wycieczkę rozpoczynamy od zwiedzania (choć może to za dużo powiedziane) Krems, które okazało się za razem jedynym ciekawym punktem naszej dzisiejszej trasy.

KremsPrzejeżdżamy przez centrum i zjeżdżamy do rzeki. Tutaj miasto się kończy. W promieniu kilku kilometrów są jedynie krzaki, nadrzeczna roślinność no i nasza asfaltowa droga. Po około 10 km robimy postój na uzupełnienie płynów w Donaurestaurant, restauracji napotkanej na szlaku. Jednak mam wrażenie, że knajpa bardziej nastawiona była na zamożnych klientów pobliskiej przystani niż na rowerzystów. Dalej jedziemy wzdłuż Dunaju monotonnym szlakiem. Nic się nie dzieje. Dunaj i nadrzeczna roślinność to jedyne czego się możemy spodziewać dookoła. Przynajmniej słońce nam przygrzewa.

Nudna trasa z Krems do Tulln. Praktycznie cały czas ten sam widok.Knajpa dla rowerzystów a obok elektrownia atomowa.Jednak jest bardzo duszno, wydaje się, że burza wisi w powietrzu. Na deszcz nie trzeba długo czekać. Nagle niebo zasnuwa się chmurami i zaczyna padać. Szczęśliwie gdy spadają pierwsze krople deszczu nasza trasa przebiega pod wiaduktem, pod którym się chowamy. Co za fart. Przez poprzednie kilka kilometrów nie mielibyśmy kawałka dachu, pod którym moglibyśmy się schować. Czekamy kilka minut, po czym jak deszcz ustaje wyruszamy szybkim tempem do Tulln. Niestety po kilku minutach za nami pojawiają się jeszcze ciemniejsze chmury i na dodatek zaczyna grzmieć. Burza jak nic mknie w naszą stronę. Pedałując ile sił w nogach próbujemy dotrzeć przed nią do Tulln. Deszcz był jednak szybszy od nas. I znowu nastąpił cud, znikąd pojawiła się sympatyczna budka z napojami i jedzeniem, prowadzona przez jeszcze sympatyczniejszego pana właściciela. Budka oczywiście miała zadaszony ogródek z miejscami do siedzenia. Zamówiliśmy kanapkę, pączka i kawę, i czekaliśmy aż przestanie padać. Niestety nie zapowiadało się na krótki deszczyk. Burza trwa dobre 40 minut, jak nie dłużej. Kiedy w końcu przechodzi i już tylko mży postanawiamy wyruszyć w dalszą drogę. Po burzy zrobiło się na prawdę zimno. Po dotarciu do Tulln niestety nadal pada, więc jednogłośnie postanawiamy o nocowaniu tym razem znowu pod dachem. W centrum informacji turystycznej dowiadujemy się, że w schronisku młodzieżowym maja całkiem przystępne ceny, więc kierujemy się w tamtą stronę. A w schronisku nie tylko ceny, ale i warunki bardzo dobre.

Jak zwykle po całodziennej wyprawie jesteśmy głodni, tak więc najpierw ruszamy na poszukiwanie sklepu. Niestety, w sobotę po godzinie 18 wszystko jest już pozamykane (w Polsce nie do pomyślenia taka sytuacja). Pozostała nam jedynie stacja benzynowa, całe szczęście nieźle zaopatrzona w żywność. Następnie w strugach deszczu udaliśmy się do knajpy na obiad. Oby jutro była lepsza aura…

cdn.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.