[27-28.06.2015] Rowerem po Lubelszczyźnie

Nasz namiot od czasów zeszłorocznej wyprawy wzdłuż Dunaju leży schowany głęboko w szafie. Najwyższy czas go przewietrzyć! Korzystając z wolnego weekendu i stosunkowo dobrych prognoz pogody postanawiamy wyruszyć na małą wycieczkę rowerowo-namiotową. Studiujemy jakiś czas mapę w celu ustalenia kierunku, pojawia się kilka propozycji, jednak wychodzi na to, że jeśli zamierzamy jechać pociągiem, nie mamy wielkiego wyboru. PKP nie jest przyjaźnie nastawione do rowerzystów, a ponieważ jest to pierwszy weekend wakacji należy się spodziewać dodatkowo nadkompletu pasażerów. Tym sposobem postanawiamy się wydostać z Warszawy pociągiem podmiejskim jak najdalej się da. Do takiego pociągu raczej zawsze się człowiek wciśnie, a i turystów nie powinno być wiele. Drugą kwestią jest znalezienie jakiegoś kempingu/pola namiotowego w ładnych okolicznościach przyrody. Wybieramy kierunek – Lubelszczyzna.

sobota, 27 czerwca

Rano ruszamy na Dworzec Wschodni, gdzie łapiemy pociąg do Dęblina i jedziemy aż do samego końca. Mimo iż na peronie czeka sporo rowerzystów, podróż mija w komfortowych warunkach (jak na Koleje Mazowieckie).

Wysiadamy z pociągu, robimy jeszcze jakieś ostatnie zakupy i ruszamy do Kazimierza nad Wisłą, gdzie znaleźliśmy całkiem przyjemne pole namiotowe. Niestety jak tylko opuściliśmy pociąg zaczynają nas gonić burzowe chmury.

Przejeżdżamy mostem na drugą stronę Wisły i praktycznie cały czas wzdłuż wału jedziemy do Kazimierza. Droga bardzo elegancka, bo praktycznie cały czas asfalt, a samochody pojawiają się bardzo sporadycznie. Niestety szybko łapie nas deszcz i musimy wyciągać kurtki. I tak już będzie do końca dnia – czasem słońce, czasem deszcz. Jest dość krajobrazowo, jednak zdecydowanie płasko, co akurat w przypadku podróżowania z sakwami zdecydowanie ułatwia pedałowanie.

W Puławach ponownie przekraczamy Wisłę i tym razem wschodnim brzegiem dojeżdżamy aż do samego Kazimierza. Okazuje się, że odbywa się tu właśnie Ogólnopolski Festiwal Kapeli i Śpiewaków Ludowych, co powoduje niesamowity klimat w tym miasteczku. Kręcimy się po rynku, zjadamy lody i przysłuchujemy się występującym. Jedziemy jeszcze do słynnego wąwozu „Korzeniowy Dół”, którego przy poprzedniej naszej wizycie w Kazimierzu nie udało nam się odwiedzić. Ponieważ ruch rowerowy jest tu zabroniony, robimy sobie przerwę od siodełka.

Następnie jedziemy już prosto na kemping, który znajduje się w przystani jachtowej nad samą Wisłą. Samo miejsce jest bardzo ładne, ale standard polskich kempingów w porównaniu do niemieckich czy austriackich to niebo a ziemia. Może kiedyś dorównamy do tego poziomu. Również kultura ludzi kempingujących jest diametralnie różna w tych krajach. Niestety jesteśmy zmuszeni słuchać przez cały wieczór disco polo, które dobiega z jednej z przyczep. Najwidoczniej jej właściciel był przekonany, że przecież wszyscy na polu namiotowym będą się dzięki niemu fantastycznie bawić… No cóż… Oglądamy klimatyczny zachód słońca i idziemy spać.

niedziela, 28 czerwca

Ta noc była testem dla mojego nowego śpiwora.Podczas zeszłorocznych wakacji niestety marzłam okrutnie. Okazało się, że śpiwór na +15, przyda mi się chyba jedynie w krajach południowych. Nowy śpiwór (znacznie cieplejszy) test termiczny przeszedł bardzo dobrze.

Rano budzi nas słońce, dzięki któremu nasz namiot bardzo szybko schnie i możemy się sprawnie zebrać w drogę. Dziś nasza trasa będzie w całości prowadziła szlakiem rowerowym do Lublina. Od samego rana jest już ciężko. Ponieważ nie dość, że szlak poprowadzony jest drogą szutrową to jeszcze zaczynają się spore podjazdy, a na rowerze obciążonym sakwami nie jest łatwo. Za to towarzyszą nam piękne widoki.

Dojeżdżamy do Nałęczowa, gdzie w parku zdrojowym robimy sobie krótki odpoczynek i jedziemy dalej. W okolicach Wojciechowa trochę zaczynamy błądzić, z daleka słyszymy pomruki burzy, a mnie zaczyna dopadać kryzys. Coś czuję, że nie dojadę do Lublina. Zaczynam marudzić, że musimy skończyć wycieczkę wcześniej. Resztką siły dojeżdżam do Miłocina. Tutaj szlak przecina linię kolejową do Lubina i szczęśliwie znajduje się tu przystanek kolejowy. Postanawiam tutaj poczekać na najbliższy pociąg do Warszawy. I wtedy z kolei zaczyna marudzić Adam, że pociąg dopiero za godzinę, że za ten czas to już w Lublinie będziemy, że nie będzie tu jak wsiąść do pociągu z rowerami i biletów kupić itd. Po słuchaniu tych wywodów przez około pół godziny, zjedzeniu batona i wypiciu butelki wody postanawiam jednak zakończyć wycieczkę zgodnie z pierwotnym planem. Odzyskuję powoli siły i po około 1,5h jesteśmy na dworcu kolejowym w Lublinie. Tu szczęśliwie okazuje się, że pociąg do Warszawy odjeżdża za 10 minut, więc kupujemy bilety, wsiadamy do pociągu i wracamy.

Muszę przyznać, że była to jedna z lepszych wycieczek rowerowych. Łącznie wyszło nam około 150 km.

[19.10.2014] Wzdłuż Wkry na dwóch kołach. Zakończenie sezonu rowerowego

Po intensywnych rowerowych wakacjach, mając już wyrobioną kondycję pod koniec sezonu, postanawiamy się wybrać na nieco dłużą wycieczkę niż do tej pory bywało. Jedziemy pociągiem do Modlina i dalej już na dwóch kółkach pedałujemy wzdłuż Wkry aż do Sochocina. Tu odbijamy od rzeki i jedziemy przez takie miejscowości jak Obrąb, Kałki, Kownaty Żędowe aż do Ciechanowa. W Ciechanowie zjadamy najgorszą pizzę w życiu, wsiadamy do pociągu i wracamy do Warszawy.
Tereny na rower są bardzo malownicze, nie jest tu tak płasko jak w okolicach Warszawy, krajobraz jest ładnie pofałdowany, a sama Wkra bardzo czysta. Trasa łącznie z dojazdem i powrotem z dworca wyniosła 91 km. Do setki zabrakło niecałych 9 km, ale zabrakło również motywacji, żeby wykręcić je jeszcze w okolicy domu.

ModlinNad WkrąKosewko. Most nad WkrąMost nad Wkrą w KosewkuGdzieś po drodzeGdzieś po drodzeDo Ciechanowa już całkiem niedaleko

[15-29.08.2014] Donauradweg, czyli 700km na rowerze z Niemiec na Słowację cz. 5 i ostatnia

Niedziela, 24 sierpnia

Dziś mamy zamiar dotrzeć do Wiednia. Początkowo to tutaj właśnie chcieliśmy skończyć naszą wyprawę, jednak podczas planowania okazało się, że to zbyt mały dystans jak na 2 tygodnie, przy i tak już mocno rozwleczonym „programie”.

Do Wiednia już blisko, zaledwie 37 km. Pogoda jest dzisiaj zdecydowanie lepsza. Świeci słońce, ale zimny wiatr zmusza do ubrania bluzy z długim rękawem. Korzystając z tego, że nie pada (a z doświadczenia już wiemy, że może się to szybko zmienić) kręcimy się po Tulln i oglądamy to, czego nie udało nam się obejrzeć wczoraj z powodu ulewy.

Tulln an der DonauTulln an der DonauNastępnie kierujemy się w stronę Dunaju i jego lewym brzegiem jedziemy w stronę Wiednia. Trasa podobna do tej z dnia poprzedniego – dosyć nudna krajobrazowo. Po ok. 25 km dojeżdżamy do miejscowości Klosterneuburg, gdzie robimy pierwszą przerwę. Jest to ładne, położone zaledwie 4 km od Wiednia miasteczko ze średniowiecznym opactwem, którego zwiedzanie jednak sobie odpuszczamy. Robimy krótką przerwę i jedziemy dalej.

KlosterneuburgPo niedługiej chwili mijamy granicę Wiednia. Miejsce nie jest może spektakularne, ale zdjęcie trzeba było zrobić.

Dojechaliśmy do Wiednia!Ponieważ we Wiedniu zamierzamy trochę odpocząć od roweru i spędzić tu 3 dni przeznaczając ten czas na zwiedzanie, postanowiliśmy zrezygnować z namiotu na rzecz noclegu pod dachem. Dzięki temu możemy bezpiecznie zostawić bagaże i rowery i udać się na miasto. Wybraliśmy akademik, który w wakacje staje się hostelem. Warunki, jak to zwykle w Austrii bywa, bardzo dobre, a obsługa hostelu w całości z Polski.

W hostelu zrzucamy bagaż, chwilę odpoczywamy, a popołudnie i wieczór spędzamy kręcąc się na rowerach po mieście.

Wiedeń nocąPoniedziałek, 25 sierpnia

Na dziś plany są jasne. Zamierzamy odwiedzić dwa miejsca – Muzeum Historii Naturalnej oraz Bibliotekę Narodową.

Punktem pierwszym staje się muzeum, gdzie spędzamy dobrych kilka godzin. Warto się tu wybrać choćby ze względu na sam budynek, w którym mieści się muzeum.

Naturhistorisches Museum WienNaturhistorisches Museum WienNaturhistorisches Museum WienMuzeum posiada naprawdę ogromne zbiory. Można obejrzeć m.in. ciekawą wystawę w sali dinozaurów, gdzie oprócz szkieletów i szczątków tych gigantycznych zwierząt możemy podziwiać alozaura, który wygląda jak żywy – rusza się i przeraźliwie ryczy. W sali minerałów możemy zobaczyć komplet biżuterii Marii Teresy, a także wielki kawał soli z kopalni w Wieliczce (miejsce pochodzenia, które wskazywała tabliczka – Galizien!). W jednej z sal można również podziwiać zbiór największych i najstarszych meteorytów świata. Oprócz tego, oglądamy wiele gatunków zwierząt od owadów, przez egzotyczne gady i płazy po kozice górskie, niedźwiedzie, słonie i wieloryby.

Wystawa minerałówDrugim punktem dnia była Biblioteka Narodowa, a dokładniej Prunksaal. Siedzibą Austriackiej Biblioteki Narodowej jest cesarski pałac Hofburg. Barokowa Prunksaal zaliczana jest do jednych z najpiękniejszych bibliotek historycznych na świecie. Sala naprawdę robi spore wrażenie. Aż by się chciało wyciągnąć losowo jedną z książek na półce i obejrzeć.

PrunksaalWtorek, 26 sierpnia

Kolejny dzień we Wiedniu spędzamy już na rowerach. Jedziemy m.in. przez Prater – ogromny miejski park, w którym znajduje się słynny park rozrywki; Donauinsel – długą, wąską wyspę na Dunaju liczącą ponad 21km długości; oraz Grinzing – jedną z nieformalnych, klimatycznych dzielnic Wiednia, położoną na stokach Lasku Wiedeńskiego, słynącą z licznych winiarni.

GrinzingWiedeńŚroda, 27 sierpnia

Nastał dzień wyjazdu z Wiednia. Robimy jeszcze szybką przejażdżkę przez miasto, a następnie kierujemy się do fabryki Mannera, gdzie zaopatrujemy się w różne smakołyki. Niestety nie możemy ich wziąć za wiele, ponieważ w sakwach nie ma za dużo wolnego miejsca. Tak naprawdę nie ma go wcale, ale na dobre słodycze zawsze coś się znajdzie.

Ratusz w WiedniuBrama HofburguNastępnie kierujemy się na most, którym przeprawiamy się tym razem nie na drugą stronę rzeki, ale na wyspę Donauinsel. Niestety z mostu widzimy z daleka zbliżające się ciemne chmury. Postanawiamy przeczekać, ponieważ tutaj na moście mamy dach nad głową. Czekamy i czekamy, a deszcz nie nadchodzi, więc jedziemy dalej.

DunajPrzez następne 6 km szlak prowadzi wyspą. Klimaty są tu dosyć dziwne. Generalnie wyspa to tereny rekreacyjne. Znajdują się tu liczne bary, restauracje, kluby nocne. Jest to dobre miejsce do jazdy na rowerach czy rolkach. Znajdują się tutaj również plaże dla nudystów. Z powodu niezbyt przyjemnej pogody, ludzi jest tu jednak jak na lekarstwo, knajpy są pozamykane (może ze względu na wczesną porę) a przy jednym z palenisk na grilla mijamy grupkę młodzieży, opiekającą w całości jakieś duże zwierze, wielkości dorodnego prosiaka. Próbowali się zasłaniać wielką płachtą (bądź może raczej osłaniać ogień) co przy silnym wietrze szło im opornie. Zwiększyliśmy tempo i szybko uciekliśmy z tego miejsca. Chmury, które obserwowaliśmy na moście jednak nas dogoniły i ponieważ lunęło musieliśmy na szybko szukać schronienia, którym okazał się być ogródek jednej z restauracji.

DonauinselPo zjeździe z wyspy wjechaliśmy w tereny przemysłowe, a nasza trasa rowerowa po raz pierwszy drastycznie zmieniła swój standard. Nagle stała się wąską, szutrową ścieżką. Do tej pory, licząc od samego Passau, Donauradweg była w 100% asfaltowa.

Jeden z niewielu szutrowych odcinków naszej trasyPrzez następne 17 km jedziemy dość mało ciekawą drogą, praktycznie bez żadnych widoków. Wieje bardzo mocno. Całe szczęście my jedziemy z wiatrem, ale rowerzyści jadący z naprzeciwka mają nietęgie miny.

Jak zwykle gonią nas ciemne chmury.Dojeżdżamy do miejsca, gdzie mamy dwie możliwości. Jechać dalej prosto tak jak prowadzi Donauradweg lub skręcić w prawo nad rzekę, gdzie nasza mapa pokazuje przeprawę promową. Mapa sugeruje trasę alternatywną właśnie przez tę przeprawę i dalej polami do Petronell-Carnuntum, gdzie zamierzamy dzisiaj nocować. Tzn. ja zamierzam, bo Adamowi cały czas chodzi po głowie myśl, żeby dojechać jeszcze dzisiaj do Bratysławy. Mnie jednak Brytysława kojarzy się jednoznacznie z końcem urlopu i chcąc przedłużyć naszą wyprawę postanawiam(y) spędzić jeszcze jedną noc na jeszcze jednym kempingu po drodze. Słabością pierwszego rozwiązania (jazdy dalej na wprost Donauradweg) jest to, że następna przeprawa przez rzekę to most, który znajduje się już za Petronell-Carnuntum, więc trzeba by nadłożyć 10 km. Postanawiamy skręcić w prawo na przeprawę.

Niestety najpierw zajęło nam sporo czasu ustalenie miejsca, gdzie ta przeprawa się znajduje. A jak już to miejsce ustaliliśmy to żadnego promu tu nie znaleźliśmy, jedynie mały stateczek, który pełnił funkcję kawiarni, oczywiście zamknięty na cztery spusty. Kręciliśmy się w tym miejscu przez około pół godziny, zastanawiając się co dalej zrobić. Gdy już mieliśmy zamiar wracać, nagle podjechał samochodem pewien mężczyzna, podszedł do nas i zapytał czy chcemy przepłynąć na druga stronę. Okazało się, że przez wcześniej już wspomniany statek-kawiarnię można się przedostać do motorówki, którą ten mężczyzna przewiózł nas na drugi brzeg. Prom kosztował 3,5 euro za osobę (wszystkie poprzednie ok. 1-1,5 euro), co przy 2 osobach daje już całkiem sporą sumkę za minutę przyjemności. Poza tym biała motorówka ze skórzanymi siedzeniami nie miała nic wspólnego z poprzednimi klimatycznymi promami. No cóż, to chyba oznaka, że zbliżamy się do wschodniej granicy.

Po drugiej stronie czeka nas spory podjazd do miasteczka Haslau an der Donau. Kiedy udaje nam się już zdobyć wysokość rozpoczyna się ciężka orka. Trasa prowadzi teraz przez pola, szutrowymi drogami, na dodatek nie najkrótszą trasą tylko zygzakami. Gubiąc orientację na tych bezkresnych polach mamy wrażenie, że kręcimy się w kółko. Zaczynam żałować, że nie zostaliśmy po tamtej stronie rzeki i nie pojechaliśmy prosto do Bratysławy. Nadal wieje bardzo silnie, a teraz w większości jedziemy niestety pod wiatr. Jest bardzo ciężko, a ja jadę już resztkami sił.

Jedziemy przez pola urozmaicone elektrowniami wiatrowymiKapliczka przy szlakuJedziemy resztkami sił, a czarne chmury cały czas za nami.Pertronell-Carnuntum to miasteczko, które kiedyś było rzymskim obozem wojskowym oraz stolicą rzymskiej prowincji Panonia. Pierwotnie była to osada celtów, od której rzymianie przejęli nazwę. Do dzisiaj można podziwiać w parku archeologicznym pozostałości zabudowań rzymskiego miasta. Austriaccy badacze odkryli do dziś 3/4 dawnego kompleksu, dzięki wykopaliskom archeologicznym, które rozpoczęły się tu pod koniec XIX wieku.

Po drodze do Pertronell-Carnuntum mijamy pierwszy zabytek – Heidentor, czyli pozostałości dawnej bramy.

Heidentor - jeden z zabytków Petronell-CarnuntumDzięki pomysłowym wizualizacjom przy odpowiednim ustawieniu się, można zobaczyć jak kiedyś budowla wyglądała w całości.

Heidentor oraz rysunek na szybie, któy przybliża wygląd bramy sprzed wieków.Wycieńczeni dojeżdżamy do dzisiejszego celu. Miały tu się znajdować wg naszej mapy oraz Googla aż 3 kempingi. Jednak już na wjeździe widzimy, że miasteczko jest bardzo małe i dziwne by było gdyby było tu aż takie zaplecze noclegowe. Ktoś tu kłamie… Faktycznie, okazuje się, że kemping jest tylko jeden i na dodatek nie powala. Jest to tak naprawdę nie za duży ogród należący do pobliskiej hali sportowej. Na dodatek zaledwie 50m dzieli kemping od trasy szybkiego ruchu puszczonej estakadą nad nami. Na kempingu znajduje się jeden camper oraz jeden samochód z przyczepą i to by było na tyle. Zaplecze sanitarne znajduje się na hali sportowej. Nie wygląda to wszystko zachwycająco, jednak już teraz wyboru nie mamy. Ponieważ na terenie kempingu nie ma restauracji, najpierw postanawiamy pojechać gdzieś zjeść, a następnie wrócić na kemping. Po drodze podjeżdżamy jeszcze pod park archeologiczny. Niestety o tej porze jest już zamknięty, więc odrestaurowane zabudowania możemy pooglądać tylko zza płotu.

Okazuje się, że na kempingu zameldować się też nie jest łatwo. Koniec końców udaje nam się dodzwonić do właściciela hali, który informuje nas, że mamy się rozbić gdzie bądź i wieczorem podejść do hali, żeby się zameldować i zapłacić. Tak też robimy.

Wieczorem niepokoją mnie odgłosy jakiejś nieznanej zwierzyny. Camping nie jest zamykany, płot jest dziurawy, my jesteśmy jedynym namiotem na kempingu. Dookoła tylko pola.

Czwartek, 28 sierpnia

Rano budzą nas zdecydowanie odmienne odgłosy, w stylu „Mietek, k…a podaj tę łopatę” lub „Stefan, ale Ty k…a nie pij”. Tak tak, w naszej ojczystej mowie. W niewielkiej odległości od kempingu trwa remont elewacji dość wysokiego budynku, a polscy robotnicy znajdujący się na wysokim rusztowaniu są dość dobrze słyszalni w okolicy.

To już nasz ostatni dzień właściwej wyprawy… Zdecydowanie za szybko to minęło. No i na dodatek dopiero dzisiaj nastał pierwszy dzień prawdziwej letniej pogody.

Z Pertronell-Carnuntum ruszamy najpierw w kierunku przeciwnym niż nasz dzisiejszy cel, a to dlatego, żeby zobaczyć amfiteatr – jedno ze starożytnych zabudowań znajdujących się z pobliżu miasteczka.

AmfiteatrNastępnie wracamy do Pertronell-Carnuntum i jedziemy dalej przez Bad Deutsch-Altenburg (tutaj wracamy do naszej trasy rowerowej Eurovelo6, którą wczoraj opuściliśmy) do Hainburga, gdzie robimy pierwszy postój. W porównaniu do Pertronell-Carnuntum, Hainburg jest naprawdę ładny.

Hainburg an der DonauHainbug an der DonauZ Hainburga trasa wyprowadza nas na pola, skąd roztaczają się już widoki na Bratysławę. Łezka się w oku kręci na widok, że do celu poostało już tak niewiele. Po 13 dniach od wyruszenia z Passau zobaczyliśmy nasz cel wyprawy, ale żal było tę wyprawę kończyć. Gdybyśmy mieli więcej urlopu pewnie pojechalibyśmy dalej wzdłuż Dunaju aż do Budapesztu.

Jedziemy malowniczymi polami, teren jest dość urozmaicony to i widoki ładne. Od momentu opuszczenia Hainburga mamy zaledwie 9 km do granicy ze Słowacją.

Z oddali widać już Bratysławę.Po przekroczeniu granicy i wjeździe na Słowację warunki dla rowerzystów zmieniają się diametralnie. W Bratysławie nikt już nie myśli o rowerzystach, a trasa rowerowa nagle znika. Szlaki chyba nadal gdzieś prowadzą w kierunku Budapesztu, jednak my musimy dostać się do centrum Nasza mapa jest wydawnictwa niemieckiego i pokazuje trasę tylko do granicy ze Słowacją. Dalej człowieku radź sobie sam. Nie ma tu już ścieżek rowerowych, trzeba jechać ruchliwymi ulicami, a tego bardzo nie lubię.

Na granicy austriacko-słowackiej

Dzięki Adamowi udaje mi się jednak bez większych problemów przejechać przez miasto i dotrzeć na zamek. Można powiedzieć, że to tutaj tak naprawdę kończy się nasza wyprawa. Dojechaliśmy do celu!

Zamek w BratysławieSpod zamku kierujemy się na stare miasto, gdzie zjadamy obiad i ruszamy na kemping. W całej Bratysławie jest tylko jeden kemping i to na obrzeżach miasta, ze starówki w linii prostej to ok. 10 km, ale my staramy się nie jechać najkrótszą trasą, a najbezpieczniejszą dla nas jako rowerzystów. O ile stare miasto jest bardzo ładne to reszta Bratysławy nie zachwyca, a raczej nawet można nawet powiedzieć, że jest brzydka. Komunistyczne zabudowania, szerokie dziurawe ulice, nierówne chodniki i ogólny brud. Miałam wrażenie jak by się tam czas zatrzymał. Przez całą dotychczasową wyprawę z powodu wybojów sakwa spadła mi raz, jeden jedyny raz, i to dlatego, że jechałam za szybko. Tutaj na trasie ze starego miasta na kemping z powodu licznych dziur czy dramatycznie wysokich krawężników sakwy spadały mi co chwilę. Dramat.

Kemping Zlaté Piesky to bardzo duży kompleks położony nad jeziorem o tej samej nazwie. Pomimo dużego potencjału, widać, że lata świetności tego kempingu już dawno minęły. Są tu domki letniskowe, miejsca na campery i namioty, a wszystko to położone na zielonych terenach, nad jeziorem z plażą. Kiedyś była tu również dyskoteka i bary. Dziś wygląda tu tak, jakby 50 lat temu teren ten został nagle opuszczony i tak stał po dziś dzień. Sanitariaty całe szczęście były czynne w przeciwieństwie do całej reszty, ale wyglądały obskurnie.

Sanitariaty na kempingu w BratysławieBufetUmywalnieDyskotekaA wszystko to w całkiem przyjemnym otoczeniu.

Kemping położony jest nad całkiem ładnym jeziorem.Tereny kempinguGdyby ten kemping odnowić, dałoby się z tego zrobić całkiem ładny kompleks, jednak w takim stanie zdecydowanie odstrasza.

Nam po przedzieraniu się przez całe miasto, żeby się tu dostać nie chciało się już wracać i szukać jakiegoś hostelu. Postanowiliśmy zaryzykować i zostać. Na wejściu przywitała nas taka oto tablica.

Tablica ostrzegawcza przy bramie wjazdowejCzyli to co było nie tylko dozwolone, ale i oczywiste na polach namiotowych w Niemczech czy Austrii, tutaj było surowo zabronione, np. w Austrii na kempingach wszyscy zostawiali rowery przed namiotem, bardzo często nawet ich nie spinając, tylko zostawiając gdzieś podparte o płot. Tutaj dla odmiany pani w recepcji zmusiła nas do zostawienia rowerów w specjalnie strzeżonym pomieszczeniu, ponieważ jak sama stwierdziła, kradzieże zdarzają się tu często. Super… Na terenie kempingu mieścił się również posterunek policji…

Na tym wielkim kempingu oprócz naszego namiotu były jeszcze ze dwa inne, jeden camper, dwie przyczepy i to by było na tyle. Czyżby inni przeczytali opinie o tym kempingu i w porę podęli decyzje o nocowaniu gdzie indziej…? My byliśmy tak pozytywnie zaskoczeni dotychczasowymi kempingami, że o tym nie pomyśleliśmy.

Nieswojo się czułam na tym polu, ponadto ta tablica przy wejściu i pani w recepcji tak mnie zestresowały, że przez całą noc zamiast spać nasłuchiwałam, czy kradną nam już bagaże z przedsionka czy jeszcze nie…

Piątek, 29 sierpnia

Pobudka była wcześnie rano, ponieważ już ok. 10 mieliśmy pociąg do Katowic, a trzeba było się spakować, zwinąć namiot i znowu przejechać przez to okropne dla rowerzystów miasto.

Całe szczęście bagaże stały tam gdzie stały. Rowery również udało się odebrać w całości. Pani w recepcji przy wymeldowaniu poinformowała nas, że bardzo dobrze zrobiliśmy, że zostawiliśmy rowery w schowku, bo ktoś dzisiaj nie oddał na noc i już roweru nie ma. Trudno stwierdzić, czy pani mówiła prawdę, czy tylko próbowała nas przekonać, że miała rację z tym przechowywaniem rowerów. Tak czy inaczej, dobrze że w całości, ze wszystkimi naszymi bagażami i rowerami udało nam się ten mały koszmar opuścić.

Ruszyliśmy na dworzec i po ok. pół godziny jesteśmy już na peronie i czekamy na pociąg.

Tutaj ostatecznie kończy się nasza wyprawa, zatrzymujemy się jeszcze na weekend w Katowicach, gdzie bawimy się na weselu znajomych i wracamy do Warszawy.

Łącznie od momentu opuszczenia mieszkania do powrotu do Warszawy przejechaliśmy prawie 700 km. Sama Donauradweg liczyła 360 km. Spaliśmy na 8 kempingach, w 1 hostelu i 2 schroniskach młodzieżowych, nie licząc Bratysławy wszędzie warunki były bardzo dobre. Zwiedziliśmy niezliczoną liczbę miast i miasteczek. Podziwialiśmy przepiękne i bardzo różnorodne krajobrazy. Na trasie i kempingach spotykaliśmy międzynarodowe towarzystwo od Niemców i Austriaków przez Włochów i Hiszpanów aż po Amerykanów z zachodnich stanów i wszyscy przyjechali tu po to, żeby przejechać właśnie przez Donauradweg. Pomimo, wydawałoby się dość stabilnego sierpnia, pogodę mieliśmy bardzo zmienną i niestety więcej dni było pochmurnych i deszczowych niż tych ze słońcem i temperaturą pozwalającą zostać w samej koszulce z krótkim rękawem.

To było niesamowitych 15 dni, a za razem jeden z najlepszych wyjazdów w moim życiu. W głównej mierze właśnie przez to, że był inny niż wszystkie.

Wróciliśmy wypoczęci, pełni sił i z nowymi pomysłami na kolejne takie wyjazdy.